STRONA GŁÓWNA   •    PORADY   •    PRODUKTY   •    MOJE WŁOSY   •    INNE
PRODUKTY |
PORADY |
MOJE WŁOSY |

Jak mieć zadbane dłonie i paznokcie? Moje sposoby.

Jak powszechnie wiadomo - dłonie są wizytówką każdego człowieka. Niestety zarówno czynniki atmosferyczne jak i silne detergenty doprowadzają do ich przesuszenia, łuszczenia a nawet pękania delikatnego na nich naskórka. Dziś wpis o tym jak należy o nie dbać aby stały się naszym atutem, a w późniejszym czasie nie zdradzały naszego wieku. Jeśli jesteście ciekawe czego używam i jakie mam dla Was rady na ten temat to zapraszam do dalszej lektury.




Nawilżanie skóry i odżywianie paznokci  



Aby nasze dłonie prezentowały się jak najlepiej niezbędne jest ich regularne nawilżanie. Bez kremów, szczególnie teraz, gdy temperatura za oknami jest coraz niższa, mogą stać się przesuszone i szorstkie. Dlatego ja staram się kremować je codziennie - w ciągu dnia lżejszym i szybciej wchłaniającym się kremem, a przed spaniem wsmarowuję w nie coś bardziej odżywczego. Przyznam szczerze, że kiedyś stosowałam do tego co wpadło mi w ręce i efekty były różne - mam bardzo wrażliwą skórę i często miałam wrażenie, że typowe drogeryjne kremy nie robią z moimi dłońmi nic, a czasem nawet pogarszały ich stan. Aktualnie mam swoich dwóch ulubieńców dzięki którym skóra moich dłoni jest idealnie nawilżona i gładka.





























  • Krem Instant Help od Evree - jest oparty na łagodzących i naprawczych składnikach przez co działa na skórę niczym kojący opatrunek. Kiedy tylko czuję, że moje dłonie stają się przesuszone od zimna i wiatru to wsmarowanie tego cuda załatwia sprawę. Krem zawiera takie składniki aktywne jak: gliceryna, masło mango, tlenek cynku i alantoina. Świetnie się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu dzięki czemu sprawdzi się w dzień. Dłonie po jego użyciu szybko stają się aksamitnie gładkie. Jest bardzo wydajny i ma praktycznie opakowanie dzięki czemu spokojnie zmieści się w każdej damskiej torebce.
  • Intensywnie pielęgnujący krem do rąk od GoCranberry - jest to zdecydowanie miłość od pierwszego użycia. Ma cudowny subtelny żurawinowy zapach i gęstą, oleistą konsystencję, która jednak bardzo szybko się wchłania. Ten krem stosuję zazwyczaj zaraz przed pójściem spać, bo ma w sobie tyle aktywnych składników (ekstrakt z owoców żurawiny, witamina E, olej ze słodkich migdałów, olej z pestek moreli, czysta lanolina, masło arganowe i masło Shea). Tak bogaty skład sprawia, że ulga po jego zastosowaniu jest natychmiastowa, a przy regularnym stosowaniu korzystają nie tylko dłonie, ale i paznokcie skórki wokół nich. Dłonie są zregenerowane i miękkie, a paznokcie wyraźnie wzmocnione. Od kiedy go używam ich olejowanie (o tym poniżej) na noc stało się w zasadzie zbędne. 


Jeśli chodzi o odżywki do paznokci to ich stosowanie może przynieść albo cudowne efekty w postaci długich i mocnych pazurków lub doprowadzić do groźnej i opłakanej w skutkach choroby więc należy przestrzegać instrukcji użycia i zaleceń producenta w razie wystąpienia reakcji alergicznej, Niestety wiele dziewczyn o tym zapomina i potem dany produkt ma taką opinię a nie inną. Założę się, że większość z Was testowała i na sobie odżywkę Eveline 8w1, która od kilku lat przez jedne jest kochana, a przez drugie znienawidzona. Ja na szczęście należę do tego pierwszego grona i szczerze mogę przyznać, że bez jej stosowania moje paznokcie ciągle się łamały, rozdwajały i były cienkie jak papier. Nigdy nie miałam dłuższych paznokci jak w trakcie kuracji nią. Teraz stosuję ją jedynie w przerwach od hybryd i również się sprawdza. Jak już pisałam - kluczowe w jej stosowaniu jest przestrzeganie zaleceń w nakładaniu kolejnych warstw i robienie przerw od jej używania, a gdy tylko poczujemy, że coś nas piecze lub boli to zmycie jej w trybie natychmiastowym, a nie trzymanie ,,bo może tak ma być''! Tak naprawdę u każdej z nas może wystąpić reakcja alergiczna na formaldehyd w jej składzie i to niekoniecznie po pierwszym użyciu, więc wszystko róbmy z głową. 

Jeśli jednak z różnych powodów  jesteście przeciwniczkami Eveline to mogę polecić Wam odżywkę Golden Rose Black Diamond Hardener, którą chwali sobie całkiem spore grono dziewczyn (w tym sama RedLipstickMonster). Producent zapewnia, że: ,,Dzięki cząsteczkom czarnego diamentu zapewnia paznokciom większą twardość i wytrzymałość. Zawiera podwójną ilość mikro cząsteczek diamentu oraz składników utwardzających. Tworzy na powierzchni paznokcia twardą i błyszcząca powłokę zapewniając tym samym trwałe wzmocnienie cienkich, słabych i łamliwych paznokci.'' Dodatkowo produkt ten pozbawiony jest formaldehydu, toluenu oraz DBP. Ma także świetne zastosowanie jako baza pod zwykły lakier, dzięki czemu przedłuża jego trwałość. U mnie nie pobił działania Eveline, ale wiem, że sprawdza się genialnie u każdej dziewczyny, u której to właśnie Eveline się nie sprawdziło. 

Kawowy peeling dłoni i olejowanie paznokci




Oprócz typowo sklepowych produktów warto także wprowadzić do pielęgnacji swoich dłoni regularne peelingi oraz olejowanie paznokci, które zdobywa coraz większą popularność. Potrzebne do tych zabiegów specyfiki możemy stworzyć same w domowym zaciszu. Moim ulubionym peelingiem jest ten znany już chyba każdej z Was peeling kawowy, który tworzę ze świeżo zmielonej kawy, cynamonu i oliwy z oliwek. Jest on niezastąpiony i żaden kupny peeling nie może się z nim równać. Peelinguję nim całe ciało jak i dłonie przez co skóra jest idealnie gładka i nawilżona. Dodatkowo kofeina zawarta w kawie pozwala zwalczać cellulit więc jeśli któraś z Was jeszcze go nie testowała to naprawdę polecam!
Olejowanie paznokci wprowadziłam za to do swojej pielęgnacji stosunkowo niedawno, ale już widzę efekty w kondycji zarówno paznokci jak i skórek. Paznokcie stały się znacznie twardsze, mniej się łamią i nareszcie pozbyłam się ,,zadziorów'' w postaci suchych skórek z którymi od zawsze mam problem. Ja zwykle wsmarowuję własnoręcznie przygotowaną mieszankę olejków (oliwa z oliwek, olejek rycynowy i z awokado) zaraz przed spaniem w skórki i macierz paznokci. Jeśli paznokcie są jednak bardzo zniszczone to warto to robić chociaż 2-3 razy dziennie. Efekty są bardzo szybko zauważalne, a sam sposób w pełni naturalny i ekonomiczny tak wiec polecam wypróbować na swoich pazurkach.

Kilka przydatnych rad

  • Zmiana mydła na delikatniejsze - częste mycie rąk mydłem z silnymi detergentami może znacznie je przesuszyć dlatego szczególnie teraz, gdy dodatkowo zaczynają się mrozy, zmienić mydło na take, które dodatkowo nie będzie nam szkodziło, np. mydło różane Barwa czy oliwkowe z Alterry.
  • Noszenie rękawiczek - zarówno tych ciepłych zanim wychodzisz na zewnątrz (u mnie to już teraz niezbędny dodatek do każdej stylizacji, gdyż mam bardzo wrażliwe dłonie) jak i te lateksowe podczas mycia naczyń czy sprzątania. Nawet najlepsze kremy czy olejki na nic się zdadzą jeśli nasza skóra będzie miała kontakt z silną chemią.
  • Natłuszczanie i nawilżanie zaraz po umyciu - wtedy substancje aktywne wnikają w naszą skórę najlepiej, a ona sama nie zdąży się ściągnąć i przesuszyć po wyschnięciu.
  • Krem w torebce - warto jest zawsze mieć go przy sobie i regularnie stosować w ciągu dnia gdy poczujemy, że nasza skóra zaczyna się przesuszać.
  • Domowe SPA - funduj je swoim dłoniom raz w tygodniu, a zobaczysz jak szybko poprawi się ich stan.
  • Witaminy i minerały - ich dostarczanie jest niezbędne jeśli chcemy cieszyć się nie tylko zdrową skórą, ale i mocnymi paznokciami i włosami oraz ogólnym stanem naszego zdrowia. Najłatwiej jest je uzupełniać dbając o to aby w naszej diecie było dużo wartościowych posiłków,bogatych w warzywa i owoce. Inny sposób to suplementy - szczególnie polecam tu biotynę (ja stosuję Biotebal) czy też ważne w tym okresie roku uzupełnianie witaminy D+K.

Systematyczność w stosowaniu produktów nawilżających z pewnością poprawi stan skóry i paznokci, więc warto zainteresować się tym tematem i dbać o nasze dłonie, a szczególnie teraz gdy są narażone na niską temperaturę. 

Jak radzić sobie z ŁZS? Aktualna pielęgnacja mojej problematycznej cery

Ze względu na to, że kilkukrotnie byłam przez Was pytana o pielęgnacje mojej twarzy postanowiłam w końcu stworzyć o tym oddzielny wpis. Jest to dla mnie dosyć trudny temat gdyż w okresie dorastania stan mojej cery był okropny, a wszystko to za sprawą łojotokowego zapalenia skóry z którym niestety zmagam się aż do tej pory...



Co to właściwie jest ŁZS?


Łojotokowe zapalenie skóry jest to forma przewlekłego stanu zapalnego skóry, które przejawia się łuszczeniem i zaczerwienieniem skóry w niektórych obszarach twarzy. Zmiany łojotokowe są widoczne w okolicy ust, brody, brwi oraz skrzydełek nosa. Prawdziwa przyczyna łojotokowych zmian skórnych jest mało znana.

Z ŁZK zmagam się mniej więcej od gimnazjum kiedy to plamy były naprawdę widoczne i skóra łuszczyła się bardzo mocno. Pierwsza wizyta u dermatologa nie tylko nic nie dała, ale i pogorszyła sprawę. Do tej pory pamiętam jak wstydziłam się chodzić do szkoły. Na szczęście w końcu trafiłam na panią dermatolog, która znała się na rzeczy i po długiej i ciężkiej dla mnie kuracji udało mi się wygrać z tą chorobą. Najgorszy był dla mnie okres początkowy gdy wystąpił tzw. ,,wysyp'' i wszyscy wokół pytali co mi się stało... Później na szczęście było już tylko lepiej, ale niestety ta choroba skóry ma tendencję do nawrotów i chcąc nie chcąc zmagam się z nią do dziś.























Pielęgnacja mojej problematycznej cery jest dosyć złożona i muszę uważać na produkty, które stosuję. Staram się wybierać kosmetyki naturalne i hypoalergiczne, które dobrze odżywią i nawilżą a jednocześnie nie podrażnią. Mam cerę mieszaną z tłustą strefą T i przesuszającymi się policzkami, a do tego często pojawiają się na niej jakieś niespodzianki. Jeśli chodzi o cały ,,rytuał'' krok po kroku to opisałam to szczegółowo w poście na temat koreańskiej pielęgnacji. Dziś skupię się na produktach, których używam.

Oczyszczanie 
























Jako, że od kilku miesięcy przedłużam rzęsy to staram się unikać tłustych formuł, które mogłyby rozpuścić klej. Demakijaż wykonuję więc tylko i wyłącznie płynami micelarnymi przeznaczonymi do skóry wrażliwej. Od dłuższego czasu moim faworytem był Garnier 3w1, który bez większego trudu radzi sobie ze zmyciem całego makijażu i nie powoduje u mnie szczypania czy ściągnięcia skóry. Ostatnio jednak moje serce zdobył lipowy płyn micelarny mojej ulubionej marki SYLVECO - ma cudowny zapach, bez problemu w kilka sekund rozpuszcza makijaż oczu, a do tego mam wrażenie, że delikatnie nawilża skórę, czego nigdy nie oczekiwałam od płynu do demakijażu.

















Do mycia twarzy używam naprzemiennie emulsji micelarnej Cetaphil polecanej przez większość dermatologów, oraz tymiankowego żelu SYLVECO, który genialnie oczyszcza i koi podrażnienia. Do mycia twarzy stosuję soniczną szczoteczkę FOREO bez której nie wyobrażam już sobie oczyszczania.





















Jeśli chodzi o złuszczanie to jest ono bardzo ważnie w mojej ,,przypadłości'', ale muszę uważać by zbytnio nie podrażnić skóry, więc jakiś czas temu zdecydowałam się w końcu na peeling enzymatyczny. Peeling SYLVECO delikatnie, ale skutecznie rozpuszcza martwe, zrogowaciałe komórki, wygładza i poprawia strukturę skóry, ujednolica koloryt cery. Jest bardzo delikatny i szczególnie poleca się go do cery naczynkowej, wrażliwej i suchej, bo nie zawiera drobinek ścierających i nie powoduje mechanicznych podrażnień skóry, a złuszczanie martwych warstw naskórka następuje poprzez wpływ enzymów roślinnych. Idealny dla osób, które nie tolerują zabiegów mechanicznych lub eksfoliacji kwasami.  Zastąpił on mojego dotychczasowego faworyta, czyli pastę oczyszczającą z liściami manuka od Ziaji, która ma jednak dosyć duże drobinki i teraz stosuję go tylko jeśli zależy mi na mocnym oczyszczeniu przed nałożeniem maseczki.

Tonizacja i odżywianie
























Zanim w moje ręce trafiła książka ,,Sekrety urody Koreanek'' nie miałam pojęcia jak ważna jest tonizacja naszej skóry po umyciu czy stosowanie serum przed nałożeniem kremu. Teraz oba te produkty uważam za niezbędny element mojej pielęgnacji. Tonik ma za zadanie regulować wskaźnik pH naszej skóry, co jest bardzo ważne jeśli nie chcemy doprowadzić do powstawania podrażnień i wyprysków. Dodatkowo przygotowuje naszą skórę na przyjęcie składników odżywczych. Moim ulubieńcem w tej kwestii jest tonik ogórek marki Ziaja. Cera jest po nim odświeżona, ale nie ściągnięta, a co najważniejsze nie zawiera alkoholu w składzie. 

Serum na które ostatnio się zdecydowałam to aktywne serum korygujące Bielenda. Ma w składzie kwas migdałowy, który moja skóra uwielbia i często wybieram kosmetyki oparte właśnie na nim oparte. Super Power Mezo Serum jest przeznaczone do cery mieszanej i tłustej z niedoskonałościami i rozszerzonymi porami. Jest niekwestionowanym hitem internetowych rankingów i sama nie mogę już doczekać efektów po miesięcznej kuracji, gdyż wtedy  podobno dopiero naprawdę widać realne efekty. 

Czego możemy spodziewać się po tym produkcie?
  •  wyraźnego zredukowania zaskórników, niedoskonałości 
  •  zmniejszonej ilości wydzielanego przez skórę sebum
  • rozjaśnienia przebarwień potrądzikowych
  • lekkiego spłycenia porów
  • przyśpieszenia gojenia jeśli coś nam wyskoczy
  •  większego napięcia skóry

Nawilżanie 
























Regularne nawilżanie to moja codzienna rutyna, gdyż bez tego moja skóra szybko się przesusza i łuszczy. Na te partie, które są objęte ŁZS nakładam specjalnie przeznaczony do nich krem La Roche Posay KERIUM DS. Dzięki kremowi zaczerwienienia i łuszczenia są zneutralizowane, skóra odzyskuje komfort i jest ukojona. Naturalna bariera ochronna skóry zostaje wzmocniona. Po miesięcznym stosowaniu widzę znaczną poprawę i jestem bardzo zadowolona z działania tego kremu.  Na pozostałe partie, tj, policzki, czoło i szyję nakładam zaś ulubiony krem nawilżający Vianek, który świetnie sprawdza się jako baza pod makijaż - szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu. Nawilża, ale nie zapycha, a właśnie tego wymagam od kremu na dzień.























Przy mojej skłonnej do przetłuszczania się się cerze trudno było mi znaleźć krem na noc, który dobrze ją odżywi i nawilży, a przy tym nie zapcha porów. Zwykle budziłam się z bardzo świecącą twarzą i czułam, że krem niedostatecznie się wchłoną, a jedynie pozostawił tzw. ,,film''. Wszystko zmieniło się odkąd zaczęłam używać kremu Baikal nocny detox dla skóry tłustej i mieszanej. To nietłusty krem o lekkiej konsystencji, który pomaga uwolnić skórę z toksyn, nadaje jej świeży wygląd i zapewnia głębokie nawilżenie. Na początku obawiałam się, że może jednak zbyt lekki na noc. Nic bardziej mylnego - krem nadaje wspaniałej świeżości, koi i nawilża. Już po pierwszy użyciu gdy wstałam rano i spojrzałam w lustro byłam w lekkim szoku, bo cera w końcu nie była tłusta, a za to wydawała się bardzo wypoczęta. Aktualnie to mój numer 1 jeśli chodzi o kremy na noc.

W jego skład wchodzą:

  • Swertia bajkalska (niebielistka) - przywraca naturalną równowagę skóry, ściąga pory i zapobiega "świeceniu" się skóry.
  • Uczep trójlistny - ma działanie uspokajające, eliminuje podrażnienia i zaczerwienienia skóry.
  • Malwa niebieska - odżywia skórę w witaminy A, B i C, pomaga usunąć toksyny.
  • Organiczny ekstrakt z białej herbaty -działa pobudzająco i regenerująco na skórę. Wykazuje działanie przeciwstarzeniowe.
  • Organiczny ekstrakt z nagietka -  zapobiega nadmiernemu wyparowywaniu wody z powierzchni skóry, zmiękcza i wygładza powierzchnię naskórka. Ma działanie przeciwzapalne, ściągające, nawilżające, a także przyspiesza regenerację naskórka.
  • Glinka - ma właściwości absorbowania nadmiaru łoju, zamyka pory, działa ściągająco.























Nie wyobrażam sobie mojej pielęgnacji bez nałożenia kremu pod oczy zarówno rano jak i na noc. Mam skłonności do tzw. worków i opuchlizny z rana i świetnie radzą sobie z nią zarówno nawilżający krem Vianek jak i ten łagodzący od SYLVECO. Oba kremy mają lekką konsystencję, dzięki czemu szybko się wchłaniają. Po ich nałożeniu moje poranne worki są mniej widoczne, a delikatna skóra wokół oczu nawilżona i sprężysta. Również korektor i puder utrzymuje się dłużej na swoim miejscu i nie roluje się. Po moich obserwacjach mogę stwierdzić, że oba te kremy działają bardzo podobnie i trudno mi tu wyłonić faworyta.

Na noc zawsze wklepuję w skórę wokół oczu coś bardziej treściwego i z gęstszą formułą i ostatnio jest to krem pod oczy Resibio, który ma za zadanie zniwelować cienie i obrzęki, rozświetlić spojrzenie oraz zapobiegać powstawaniu zmarszczek poprzez poprawę mikrokrążenia. Krem ten zawiera aż 15 składników, które wpływają na odpowiedni poziom nawilżenia skóry, m.in. olej arganowy, sezamowy czy wyciąg z korzenia rabarbaru.  Producent pisze również, że: ,, Krem pod oczy Resibo redukuje cienie i obrzęki poprzez usprawnienie krążenia - dzięki wyciągowi z ruszczyka kolczastego i kofeinie. Natomiast ekstrakt ze skórki cytrynowej ma działanie udrażniające i przeciwobrzękowe – wzmacnia naczynia krwionośne i wspomaga ich przepuszczalność.'' Cały skład jest oparty na naturalnych i wegańskich składnikach. Dodatkowo uwagę przyciąga piękne opakowanie i nieziemski zapach w którym zakochałam się od pierwszego użycia. Sądzę, że polubimy się z tym kremem.

A wy jak dbacie o swoją skórę? Macie swoich ulubieńców?




Moje ulubione maseczki do twarzy

Witam Was kolejnym ,,nie włosowym'' postem. Stwierdziłam, że wpisy typowo urodowe na stałe zagoszczą na moim blogu aby urozmaicić tematykę. Dodatkowo przekonało mnie to, że poprzednie spotkały się z dużym zainteresowaniem, a ja już mam mnóstwo pomysłów na kolejne. Tak więc dziś zaprezentuję Wam moje ulubione maski do twarzy, które stosuję systematycznie od kilku miesięcy i na stałe goszczą już w mojej pielęgnacji. Zainteresowane zapraszam do dalszej lektury :-)






















Maski z naturalnego jedwabiu Orientana 


O maskach w płachcie pisałam już w poście o koreańskiej pielęgnacji i pokochałam je od pierwszego użycia. Dzięki zjawisku okluzji składniki aktywne zawarte w tkaninie są doskonale wchłanianie i równomiernie wnikają nawet w najgłębsze warstwy skóry. Typowo płynna konsystencja nie wymaga dodawania do ich składów zbędnych ulepszaczy co także jest dużym plusem. Moja cera po takim ,,domowym SPA-a'' zawsze jest doskonale nawilżona, wygładzona i rozświetlona dzięki czemu makijaż także prezentuje się o niebo lepiej. Jest to zdecydowanie mój ulubiony typ masek. 



Generalnie nadal ciężko spotkać tego typu maski w drogeriach dlatego gdy podczas ostatnich zakupów zauważyłam te od Orientany postanowiłam je przetestować. Maska z naturalnego jedwabiu ze śluzem ślimaka przeznaczona jest to cery zmęczonej i wymagającej rewitalizacji. Sam śluz ślimaka jest częstym składnikiem koreańskich kosmetyków ze względu na bogaty w kolagen, elastyny i witaminy skład a w połączeniu z biopeptydami ma silne działanie naprawcze, regenerujące, wygładzające i nawilżające. wyrównuje także koloryt i rozjaśnia przebarwienia.

Kolejnym odkryciem stała się maska pod oczy z rozmarynem, który likwiduje opuchliznę i podkrążenia. Maska ma kształt litery C, dzięki czemu obejmuje miejsca pod okiem gdzie tworzą się worki i cienie oraz bok oka gdzie tworzą się zmarszczki mimiczne - działa więc kompleksowo. Jak widać na zdjęciu nałożyłam ją trochę zbyt wysoko, ale maseczka i tak zrobiła swoje - poranna opuchlizna została unicestwiona!



Biała glinka kaolińska z ekstraktem z bambusa 


Unikalny skład mineralny kaolińskiej glinki czyni ją jednym z najbardziej wartościowych kosmetyków. Ma wyjątkowe właściwości lecznicze i kosmetyczne. Glinka uzdrawia, poprawia jędrność i elastyczność skóry. Widocznie odmładza ją i wygładza zmarszczki. 
Zawartość efektu z bambusa nadaje jej właściwości kojące, zwiększa natlenienie skóry, co pomaga w poprawie wyglądu cery i utrzymaniu właściwego PH skóry. 

Używam jej kiedy zależy mi na oczyszczeniu i wygładzeniu. Maseczka ta kiedy zasycha bardzo ściąga skórę dzięki czemu po zmyciu jest napięta i sprężysta. 





Fitoaktywna witaminowa maseczka Bania Agafii 


Jest to jedyna maska, która spełnia wszystkie obietnice producenta. A mianowicie: ,,Maseczka nasyca skórę witaminami i mikroelementami. Głęboko nawilża, wyrównuje koloryt twarzy i aktywizuje procesy regeneracji skóry.''

Składniki aktywne, zawarte w masce, to m.in.:

  • soki poziomki, dzikiej maliny i jagody kamczatskiej – dzięki zawartości kwasów organicznych i witamin, mają działanie silnie nawilżające i odżywcze
  • olej organiczny dzikiej róży – dzięki zawartości witamin A i C, ma działanie tonizujące i ochronne dla skóry
  • olej rokitnika ałtajskiego - aktywizuje procesy regeneracji skóry.


Uwielbiam nie tylko działanie tej maseczki, bo jest moim numerem jeden - wygładza, rozjaśnia, odżywia i koi moją skórę, ale też jej cudowny poziomkowo-truskawkowy zapach, konsystencję, kolor i...smak! Taaak, maseczka kiedyś dostała mi się w okolice ust i okazało się, że jest naprawdę słodka, bez żadnego posmaku chemii. Ale spokojnie, nie mam zamiaru jej jeść, choć kusi pod każdym względem! Dodam, że po nałożeniu rozgrzewa, ale to całkiem normalne i nie jest to żadna reakcja alergiczna. Bardzo przyjemnie wykonuje się nią także delikatny masaż, bo ma w sobie małe pestki. Zaraz po zmyciu można zauważyć, że cera jest rozświetlona, miła w dotyku i wygląda na wypoczętą. Jest to zdecydowanie moja ukochana pod każdym względem ,,płynna'' maseczka.

SLEEP MASK Perfecta


Kolejna maska na którą zdecydowałam się zaraz po przeczytaniu ,,Sekretów urody Koreanek'', gdyż na wschodzie kobiety często stosują maski nakładane na całą noc. Ta od Perfecty, którą wybrałam, ma działać jak profesjonalny peeling dermatologiczny, tzw. dermabrazja.

Jak działa?
  • Kwas migdałowy - złuszcza martwy naskórek, oczyszcza i reguluje pracę gruczołów łojowych. Likwiduje istniejące niedoskonałości i wygładza.
  • Olej pistacjowy - łagodzi podrażnienia, odbudowuje barierę lipidową skóry i nawilża.
  • Superhialuron - utrzymuje prawidłowy poziom nawilżenia i przywraca jędrność.
Moja skóra uwielbia kwas migdałowy, który stosuję także w innym kremie na noc, więc przeczuwałam, że i ta maska będzie trafiona. Nie myliłam się - już po pierwszej nocy z nią zauważyłam, że bardzo wygładziła moją skórę i że pomaga zwalczyć mój problem z ŁZS, o którym więcej w kolejnym z urodowych wpisów. Sprawdza się również genialnie kiedy na twarzy zaczynają pojawiać się niedoskonałości - wszelkie wypryski stają się po jej użyciu mniej widoczne i złagodzone. Teoretycznie ma wystarczyć na 10 aplikacji jednak ja nakładałam cienkie warstwy i było to około 15. Od kiedy ją stosuję żaden krem na noc nie spełnia już moich oczekiwań i na pewno kupię kolejne opakowanie.

Według mnie maseczki to obowiązkowy punkt w pielęgnacji naszej cery, bo chyba żaden krem nie posiada tylu składników aktywnych i nie zastąpi nam tak solidnego zastrzyku witamin. Ja staram się stosować maski regularnie 1-2 razy w tygodniu i odkąd to robię stan mojej skóry uległ znacznej poprawie. Dodam, że maski w płachcie Orientany możecie kupić w wieluńskim sklepie z Yankee Candle, a trzy pozostałe oczywiście w mojej ulubionej drogerii Shea.

Ja znalazłam już swoich ulubieńców, a Wy? Macie już swoich faworytów?


Dlaczego zdecydowałam się na przedłużanie rzęs? Wszystko o metodzie 1:1

Hej, kochane. Zauważyłam, że ostatni wpis urodowy spotkał się z dużym zainteresowaniem więc postanowiłam, że kolejny będzie również w tej tematyce. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć dlaczego zdecydowałam się na zabieg jakim jest przedłużanie rzęs i dlaczego nie zamierzam już z niego rezygnować. Jeśli jesteście ciekawe to zapraszam do dalszego czytania.


Moje rzęsy od zawsze były krótkie i proste przez co, by w ogóle było je choć trochę widać, przed każdym ich pomalowaniem męczyłam je zalotką. Dawało to i tak marne efekty, bo rzęsy szybko wracały do stanu początkowego. Zazdrościłam wszystkim dziewczynom, które mogą się pochwalić wachlarzem długich, gęstych rzęsy, a sama postanowiłam zrobić wszystko by moje choć trochę urosły.

Na pierwszy ogień poszło coś bardzo łatwo dostępnego i mało inwazyjnego, bowiem był to olejek rycynowy. Stosowałam go systematycznie przez około 2-3 miesiące nakładając go na noc szczoteczką po starym tuszu. Niestety efekt nie był tak spektakularny jak tego oczekiwałam a sama aplikacja i budzenie się z tłustymi, zaklejonymi oczami nie należy do  moich najprzyjemniejszych wspomnień..

Przeglądając różne blogi i opinie na forach postanowiłam wypróbować kultową już odżywkę do rzęs Long4Lashes. Zamówiłam ją przez internet gdyż cena była znacznie niższa (około 50 zł z wysyłką), a moje nastawienie raczej sceptyczne. Przygoda z nią trwała znacznie dłużej, bo ponad pół roku i tutaj efekty zaskoczyły nawet mnie samą. Rzęsy zaczęły rosnąć po około 3 miesiącach codziennego nakładania jej na linię rzęs a po 5 miesiącach sięgały mi już niemal do brwi! Byłam zachwycona i po pół roku utrwalałam jedynie efekt nakładając ją raz, góra dwa razy w tygodniu. Czar prysł kiedy odżywka się skończyła i okazało się, że efekt jest bardzo nietrwały - rzęsy zaczęły mi wypadać w zastraszającym tempie. W niektórych miejscach pojawiły się prześwity, a ja sama zauważyłam coś co na dobre odstraszyło mnie od jej dalszego stosowania - pogorszył mi się wzrok i teraz do jazdy samochodem czy oglądania telewizji muszę nosić okulary. Nie mówię, że na pewno jest to wina tylko i wyłącznie tej odżywki, ale w internecie jest mnóstwo informacji na ten temat i podobnych przypadków. Co najlepsze - podczas stosowania nie pojawiły się u mnie żadne inne efekty uboczne jak przekrwienie spojówek czy świąd a ja sama używałam jej przez cały czas w małej ilości aby nic nie dostało się do oka. Jak widać każdy produkt, nawet stosowany zgodnie z instrukcją, może nam zaszkodzić, a przecież oczy mamy tylko jedne więc tej odżywce mówię stanowcze ,,nie''.

Efekt po stosowaniu Long4Lashes: 


























Przez kolejne miesiące starałam się przywrócić moje rzęsy do dawnej formy a na większe wyjścia
przyklejałam sztuczne od Ardell, które dawały bardzo naturalny efekt  i z którego byłam w pełni zadowolona jednak przyklejanie ich to był dla mnie nie lada wyczyn i często martwiłam się tym, że podczas imprezy się odkleją. Nie chciałam już jednak próbować kolejnych świetnych odżywek czy olejków, więc powoli godziłam się ze stanem rzeczy. Jednak w wakacje przyjechała do mnie koleżanka, która już swoje naturalne rzęsy ma dosyć długie, ale gdy tylko ją zobaczyłam zauważyłam, że są jeszcze dłuższe i gęstsze. Okazało się, że zdecydowała się na przedłużanie rzęs metodą 1:1. Nigdy wcześniej nie interesowałam się trwałymi metodami przedłużania i myślałam, że pewnie bardzo niszczą one nasze rzęsy, a sam zabieg jest strasznie drogi. Zaczęłam buszować w internecie i wzięłam namiary od koleżanki na stylistkę u której była. Następnego dnia postanowiłam się zapisać, bo w końcu pojawiła się szansa bym i ja mogła trzepotać wachlarzem rzęs!



Jak wyglądał zabieg przedłużania? 


Zdecydowałam się na przedłużanie u stylistki Pauliny Biedal i na metodę 1:1 a nie 2:1 czy objętościową ze względu na to, że najmniej obciąża ona nasze naturalne rzęsy. Uznałam także, że najcieńsze rzęski będą dla mnie najlepsze - nie chciałam uzyskać teatralnego efektu i przerysowania przy moich małych oczach. Cały zabieg trwał 2,5 godziny ze względu na to, że okazało się, że mimo, że moje rzęsy są cienkie i krótkie to jest ich naprawdę baaardzo dużo :) Do każdej pojedynczej rzęsy była doklejana jedna jedwabna. Czas zleciał mi szybko na pogaduszkach, bo Paulina to bardzo miła i kontaktowa osoba. Jest bardzo staranna i widać, że kocha to co robi. Nie miałam najmniejszych obaw oddając się w jej ręce po przeglądzie jej galerii, bo widać, że to profesjonalistka. Gdy po zabiegu dostałam do rąk lusterko nie mogłam uwierzyć, że efekt jest tak naturalny, a rzęski same w sobie niewyczuwalne i cudownie miękkie. Zostałam także poinstruowana co mogę robić a czego nie i jak najlepiej dbać o rzęski by efekt utrzymywał się jak najdłużej.


A tak prezentowały się rzęsy przed i po zabiegu:

















Przed: 



Po:



O czym należy pamiętać i jak o nie dbać?

  • Do 48 godzin staraj się nie dotykać i nie moczyć rzęs -  klej użyty do przedłużania rzęs musi mieć czas aby się związać, a woda może mu w tym przeszkodzić,
  • Unikaj kontaktu z wysoką temperaturą - bezpośrednio po zabiegu zrezygnuj z wylegiwania się na plaży, a także z wizyty w saunie czy w solarium,
  • Nie używaj tłustych kosmetyków w okolicy oczu - jeśli chodzi o demakijaż to odpadają wszelkie mleczka, emulsje i płyny dwufazowe. Każdy kosmetyk zawierający w sobie olej może przyczynić się do rozpuszczenia kleju. Ja sama stosuję płyn micelarny , a demakijaż robię bardzo ostrożnie przykładając złożony na pół wacik na powiekę na około 10 sekund zaś pozostałości po kreskach zmywam patyczkiem higienicznym. 
  • Nie trzyj oczu i nie czesz rzęs zbyt często - po zabiegu otrzymujemy specjalną szczoteczkę spiralkę, którą należy przeczesywać rzęsy aby się nie posklejały i jak najdłużej utrzymały swój kształt. Rób to jednak nie częściej niż raz dziennie lub gdy po przebudzeniu zauważysz, że rzęsy są wywinięte. Nie majstruj przy oczach - tutaj sprawdza się zasada - im mniej, tym lepiej.

Zalety i wady przedłużania rzęs 


Ogromną zaletą sztucznych rzęs jest przede wszystkim wygoda - mój makijaż zajmuje mi teraz o wiele mniej czasu a i przyznam się, że gdy nie ma takiej konieczności to w ogóle się nie maluje, bo rzęsy same w sobie ,,robią robotę''.  Na samym początku za każdym razem gdy się budziłam i patrzyłam w lustro nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Mam wrażenie, że moja twarz wygląda teraz zupełnie inaczej. Dodatkowo nie straszna im żadna pogoda i nie muszę się już zastanawiać czy tusz mi się nie skruszył czy nie rozmazał. Od kiedy przedłużam rzęsy zaczęłam także bardziej eksperymentować z makijażem oczu i stał się o wiele odważniejszy. Generalnie czuję się o wiele lepiej i tak też wyglądam.

Minusem będzie tu na pewno konieczność powtarzania zabiegu co 1,5-2 miesiące. Ja ostatnie uzupełnienie robiłam 13 sierpnia, a efekt nadal jest zadowalający i wypadło mi zaledwie kilka rzęs, bo staram się o nie dbać. Sam czas trwania zabiegu także może być uciążliwy dla niecierpliwców z tym, że uzupełnienia trwają już krócej - u mnie było to 1,5 godziny. Również ceny salonów, które oferują ten zabieg mogą odstraszać, bo czasem jest to nawet 200-300 zł. Mnie osobiście nie byłoby stać na taki wydatek w takich odstępach czasu, więc tym bardziej cieszę się, że trafiłam na Paulinę, która robi to o wiele taniej jako osoba prywatna a na pewno lepiej niż w większości salonów o których słyszałam.

Bardzo cieszę się, że zdecydowałam się na przedłużanie rzęs i sądzę, że szybko z nich nie zrezygnuję. Nie mam takiej potrzeby skoro widzę, że kondycja moich rzęs jak na razie nie ucierpiała w najmniejszym stopniu, a to była jedyna rzecz której się obawiałam :-)

A co Wy myślicie na temat przedłużania rzęs?
Zdecydowalibyście się na taki zabieg?


Koreańska pielęgnacja cery w pigułce

Dziś post wyjątkowy, bowiem tematem pierwszy raz nie będą włosy a cera i to jak o nią dbam. Jeśli post się spodoba to tematyka urodowa będzie się tu pojawiała częściej. Otóż w maju w moje ręce trafiła książka Charlotte Cho ,,Sekrety urody Koreanek'' i po jej przeczytaniu pielęgnacja mojej cery przerodziła się w istny koreański rytuał. O tym jak wpłynęło to na jej kondycję i czy trudno prowadzić jest pielęgnację w 10 krokach dowiecie się w dalszej części wpisu :-)




"Świat zachodni uważa, że w dbaniu o cerę jest tyle przyjemności co w nitkowaniu zębów. W Korei to coś, z czego można czerpać przyjemność. Bardzo szybko zdałam sobie sprawę, że zamieszkałam w kraju, w którym pielęgnacja skóry oznacza nie tylko produkty na łazienkowej półce, ale także sposób myślenia wpływający na całe twoje życie - od jedzenia po ubrania" - pisze Charlotte Cho. Jest w tym sporo prawdy bowiem my, Polki często zaniedbujemy pielęgnacje naszej cery nie zdając sobie sprawy, że to jak traktujemy ją każdego dnia przełoży się na jej stan w przyszłości. A przecież każda z nas chciałaby być posiadaczką gładkiej, napiętej i rozświetlonej cery przez jak najdłuższy czas.

O ile włosy możemy po prostu ściąć i zapuścić nowe, o tyle nasza skóra nie podlega wymianie. No chyba, że planujecie liffting czy botox jednak ja jestem takim zabiegom stanowczo przeciwna. Od zawsze staram się dbać o swoją cerę jednak jeszcze do niedawna popełniałam sporo błędów, które odbijały się na jej kondycji. W czasach dojrzewania zmagałam się z trądzikiem różowatym i innymi niedoskonałościami więc już wtedy musiałam się nauczyć odpowiednio dbać o swoją skórę. Jednak dopiero po przeczytaniu książki ,,Sekrety urody Koreanek'' moja pielęgnacja stała się w pełni świadoma i dopasowana do typu mojej cery. Po dwóch miesiącach mogę już śmiało powiedzieć, że stan skóry mojej twarzy znacznie się poprawił - jest gładsza, sprężysta, zniknęły malutkie zmarszczki mimiczne, które powstały od śmiania się, a do tego sam makijaż prezentuje się o niebo lepiej. 

Jak wygląda moja pielęgnacja?

Sekrety urody koreanek, Rysunek Gemma Correll


Tak,  sama muszę przyznać, że początkowo perspektywa wykonywania codziennie tych wszystkich rzeczy mnie przerażała i stwierdziłam, że taka pielęgnacja musi być bardzo czasochłonna i mozolna. Mimo to postanowiłam stopniowo wprowadzać teorię w praktykę i teraz po ponad dwóch miesiącach całe tych ,,10 kroków'' zajmuje mi około dziesięciu minut! 


  1. Dwuetapowe oczyszczanie - pierwsze co mnie zdziwiło to to, że wieczorem Koreanki oczyszczają twarz...olejkami! Jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić, że olejek potrafi zmyć cokolwiek. Jakie było moje zdziwienie gdy po pierwszym nałożeniu olejku z awokado i wykonaniu masażu twarzy zauważyłam, że cały makijaż zwyczajnie się rozpuścił, a masaż sprawił, że napięta po całym dniu twarz momentalnie się rozluźniła. Oczywiście demakijaż oczu pozostał tu bez zmian. 
  2. Warstwę olejku zwilżam wodą dzięki czemu powstaje swoista emulsja, która usunie sebum, martwe komórki i bakterie. Całość spłukuję ciepłą wodą. Następnie nakładam żel lub piankę, którą aktualnie oczyszczam twarz (zwykle jest to płyn Facelle lub Cethapil). Mam bardzo wrażliwą skórę skłonną do alergii i zaczerwień więc staram się unikać mocnych detergentów i alkoholu w składzie. Do mycia używam sonicznej szczoteczki Foreo. Spłukuję obfitą ilością wody - ostatnie chluśnięcia wykonuję chłodną wodą by domknąć pory.
  3. Tonizacja - to coś co wcześniej niestety nie miało miejsca w mojej pielęgnacji.  Mało która z nas wie, że dobrze dobrany tonik reguluje wskaźnik pH, dzięki czemu minimalizuje podrażnienia, które mogą być przyczyną powstawania wyprysków i niedoskonałości lub prowadzić do nadwrażliwości skóry. Dodatkowo tonizacja ułatwia wchłanianie kosmetyków używanych w kolejnych etapach i wspomaga ich działanie. 
  4. Serum lub esencja - nadal panuje przekonanie, że kosmetyki tego typu przeznaczone są wyłącznie do cery dojrzałej. Nic bardziej mylnego - możemy stosować serum czy esencje, które mają działanie typowo nawilżające, rozjaśniające czy takie jak np. IT'S SKIN Power 10 Formula VB Effector, które kontroluje wydzielanie sebum i przywraca skórze równowagę hydro-lipidową. Odkąd je stosuję moja skóra nabrała zdrowego wyglądu i zdecydowanie mniej się przetłuszcza. Te kremy wodne, owszem są bardzo skoncentrowane ale też ich składniki bardzo szybko się ulatniają, aby temu zapobiec mamy następny krok czyli nawilżanie, które ,,zamknie'' te składniki w skórze.
  5. Nawilżanie - ten krok stosuje większość z nas. Jeśli chodzi o kremy to stanowczo stawiam na nasze polskie marki - Ziaję, Vianek czy Sylveco, które mają bardzo dobre naturalne i nieuczulające składy. Szczególnie mogę polecić nawilżający krem pod oczy od Vianek oraz lekki krem brzozowy Sylveco. 
  6. Krem z filtrem UV - kremy z filtrem są stosowane przez Koreańczyków od najmłodszych lat życia, ponieważ świadomość szkodliwości słońca jest im wpajana od dziecka. Stosują go w każdą porę roku, bo wiedzą, że nawet wtedy promieniowanie słoneczne przyspiesza starzenie się skóry oraz powoduje alergie i zaburzenia pigmentacji. Ja sama mam bardzo jasną karnację i każde opalanie kończy się dla mnie czerwoną, poparzoną i przesuszoną skórą, więc staram się go unikać. Przed nałożeniem makijażu wklepuję więc w skórę krem do twarzy z filtrem 50 SPF. 
  7. Krem BB - jest to kolejny kosmetyk, który odkryłam dzięki książce Charlotte Cho. Wcześniej trudno mi było kupić dobry podkład, który byłby jasny i nie zapychał. Koreańskie kremy BB/CC bazują na bogatych składnikach pielęgnacyjnych. Zazwyczaj łączą w sobie funkcje podkładu, bazy, kremu przeciwsłonecznego oraz kremu nawilżającego. W ich skład wchodzą silne antyoksydanty, substancje nawilżające, peptydy stymulujące odnowę komórkową z dodatkiem pigmentów ujednolicających koloryt skóry. Ja sama przetestowałam kilk kaultowych kremów jak Skin79 Hot Pink, Missha M Perfect Cover czy Holika Holika Luminous Silk. Moje serce skradł jednak pod każdym względem grzybkowy SkinFood. Ekstrakty z grzybów i aloesu w nim zawarte doskonale nawilżają i odżywiają skórę podczas gdy arbutyna i adenozyna sprawiają, że twarz staje się jaśniejsza i przejrzysta. Mój odcień to #2 Radiant Skin czyli wersja ciemniejsza, co może wydawać się śmieszne gdyż przy doborze odcieniu każdego drogeryjnego podkładu nawet najjaśniejsze wyglądały na mojej cerze na pomarańczowe. Azjatyckie kremy BB mają to co siebie, że są bardzo jasne, więc dla mnie to ogromny plus.
  8. Peeling, maseczka -  osobiście stosuję peeling 1-2 w tygodniu i jest to pasta oczyszczająca Ziaja z liściem manuka, która doskonale oczyszcza pory. Koreanki preferują za to peelingi enzymatyczne, które przez zawarte w nich kwasy delikatnie złuszczają naskórek dzięki czemu taki peeling można stosować niemal codziennie. Ja wykonuję peeling przeważnie po to by przygotować twarz na nałożenie maseczki. Moi ulubieńcy to Fitoaktywna witaminowa maseczka do twarzy Banii Agafii oraz maski w płachcie, które również wywodzą się z Korei. Materiał z nasączonymi aktywnymi składnikami bezpośrednio przylega do naszej cery, dzięki czemu wymiana powietrza jest ograniczona, a składniki mogą przeniknąć do najgłębszych warstw skóry przynosząc lepsze i bardziej widoczne rezultaty. 
Takie maski jak na razie są dosyć rzadko spotykane na naszym polskim rynku - wiem, że są dostępne jedynie w Sephorze i Hebe. Ja swoje często zamawiam przez internet, a ostatnio razem z siostrą podjęłyśmy się wykonania takich maseczek samodzielnie o czym możecie dowiedzieć się więcej z jej wpisu na ten temat :)

Najpierw pielęgnacja, potem makijaż – to motto wielu Koreanek. Azjatki doskonale wiedzą, że zdrowa, zadbana skóra nie potrzebuje dużo makijażu i na długo zachowa młody wygląd. Nic więc dziwnego, że uchodzą one za jedne z najbardziej zadbanych kobiet na świecie. Jednak na pielęgnację koreańską trzeba patrzeć z trochę dalszej perspektywy, jest to podejście zakładające nie tylko dbanie o cerę, ale i prowadzenie zdrowego trybu życia - wysypianie się, unikanie używek, dobrze dobrana dieta i aktywność fizyczna. Jeśli zaciekawił Was ten wpis i chciałybyście dowiedzieć się więcej to tym bardziej polecam ,,Sekrety urody Koreanek'' jako lekturę obowiązkową!

Pozdrawiam, Karolina




Hej, kochane. Już od miesiąca przymierzałam się do napisania tego posta, ale potrzebowałam jednak niezbitych dowodów na to, że moje odkrycie jest jak najbardziej trafne. Badałam więc, testowałam i oto mogę potwierdzić, że odkryłam produkt, który choć niepozorny to przebił wszystkie w swojej kategorii. Mowa tu o... zwykłym rumiankowym szamponie Familijnym.




Zacznę może od tego, że na co dzień myję włosy szamponem dla dzieci lub płynem Facelle, ponieważ są delikatne, nie zawierają SLS i w pełni odpowiadają moim potrzebom. Jednak raz na tydzień oczyszczam włosy mocnym szamponem i pewnego dnia trafiłam właśnie na bohatera tego wpisu i bohatera w ogóle. Na czym polega fenomen tego taniego familijnego szamponu? Otóż umyłam nim włosy w sobotę rano (użyłam po jego zastosowaniu odżywki i wszystkich innych standardowych dla mnie specyfików) a do wtorku włosy ani trochę się nie przetłuściły, nie były oklapnięte i w ogóle nie wymagały umycia co do tej pory u mnie nigdy się nie zdarzyło. Standardowo myję włosy co drugi dzień, bo zaczynają wyglądać po prostu nieświeżo. Na początku pomyślałam, że może moje włosy mają po prostu lepsze dni albo tak im się spodobało mocniejsze oczyszczenie, że się odwdzieczają. Postanowiłam więc sprawdzić jak szampon zadziała na innych domowników - moja siostra ze względu na cienkie, długie i proste włosy myje je codziennie. Kiedy umyła włosy tym szamponem ich świeżość przedłużyła się wprawdzie tylko o jeden dzień, ale w przypadku jej włosów to i tak cud...


Opis producenta:

Szampon Familijny rumiankowy doskonały do mycia wszystkich rodzajów włosów.

Moc ziół i witamin zdecydowanie poprawia kondycję włosów, doskonale myje i odżywia włosy. Fryzura staje się lśniąca, puszysta, efektowna.

W swym składzie zawiera ekstrakt z rumianku o działaniu przeciwzapalnym i bakteriobójczym ; kompleks witamin A,E, NNKT (F) ,H i B odżywia, kondycjonuje, wyraźnie upiększa włosy.

Cena: 5zł / 500ml

Szampon choć zdecydowanie z niższej półki cenowej ma całkiem dobre opinie i powtarza się w nich jedno stwierdzenie - odciąża włosy, pozostawia je lekkie oraz zmniejsza przetłuszczanie. Jedyne ale to to, że po jego użyciu niezbędna jest odżywka, ponieważ mogą się pojawić problemy z rozczesywaniem - dla mnie to nie problem, bo po każdym umyciu nakładam maskę bądź odżywkę.

Dostępność: Można go dostać w sieci Kaufland (tam właśnie kupiłam), Carrefour i niedużych drogeriach.

UWAGA: Wyczytałam na niektórych stronach, że szampon ten może nieznacznie rozjaśnić włosy, więc blondynki mogą się ucieszyć, inne niekoniecznie.



Porównanie


Akurat w dzień umycia włosów (sobota rano) byłam z moją siostrą na zdjęciach więc możecie dokładnie zobaczyć jak się prezentowały w ten dzień:






A tu zdjęcia z dzisiaj (wtorek):







Podsumowując - bardzo się cieszę, że ten szampon trafił w moje ręce, bo teraz gdy będę miała zdecydowanie mniej czasu ze względu na pracę i treningi nie będę musiała poświęcać aż tyle czasu na włosy. To nie tak, że nie chcę, ale prawda jest taka, że moja fryzura nie traci tak szybko swojego kształtu i loki utrzymują się stosunkowo długo (co możecie zobaczyć na zdjęciach), więc nie muszę ich układać codziennie. Zaoszczędzę więc sporo czasu, który będę mogła spożytkować na wieczorny relaks przy książce lub filmie. Nie mam pojęcia czy ten szampon sprawdzi się u każdego, bo jak zawsze powtarzam - każdy z nas ma inne włosy a więc i skórę głowy, ale sądzę, że za taką cenę grzechem byłoby nie spróbować :D A czy wy często sięgacie po naturalne szampony czy jednak wolicie te drogeryjne?

Pozdrawiam, Karolina

moje inspiracje włosowe

Od kiedy pamiętam podobały mi się długie, falowane/kręcone rude włosy. I właśnie do posiadania takich dążę. Podobają mi się także czekoladowe i orzechowe brązy, ale niestety nie pasują do mojego typu urody (mam jasną karnację, zielone oczy i piegi latem).

Oto kilka moich największych inspiracji:








Kiedy mam chwilę słabości i wydaje mi się, że cała ta pielęgnacja nie ma sensu to po prostu patrzę na te zdjęcia i to mnie motywuje :D

Tutaj jeszcze kilka ciemniejszych kolorów, ale równie inspirujących:







   
2016 © Bartosz Nowak (bassistee)