STRONA GŁÓWNA   •    PORADY   •    PRODUKTY   •    MOJE WŁOSY   •    INNE
PRODUKTY |
PORADY |
MOJE WŁOSY |

Kuracja na gorąco z wyciągiem z bursztynu Jantar - efekty.

Dziś przybywam do Was z recenzją nowości od Jantar. Zapewne każda z Was zna tę markę dzięki słynnej wcierce przeciw wypadaniu włosów i przyspieszającej ich porost. Ja także używałam jej przez długi czas i nadal chętnie do niej wracam, bo zawsze daje świetne efekty. Dlatego gdy podczas ostatnich zakupów w drogerii natknęłam się na kurację na gorąco z wyciągiem z bursztynu tej właśnie marki bez zastanowienia wrzuciłam ją do swojego koszyka. Po powrocie do domu od razu wzięłam się do testów. Jakie były moje odczucia i efekty po jej użyciu? Tego dowiecie się w dalszej części postu.

























Zestaw składa się z: regenerującej maski olejowej, szamponu nawilżającego, balsamu wygładzającego oraz foliowego czepka. To wszystko znajdziemy w kartonowym pudełeczku o charakterystycznej ,,bursztynowej'' szacie graficznej.

Biorąc pod uwagę skład każdej saszetki widać, że to dobry produkt. Producent zapewnia także, że 87% składników jest naturalne i że kuracja nie zawiera olejów mineralnych, barwników ani alkoholu.
Największe nadzieje wiązałam z regenerującą maską, ponieważ mamy tutaj : olej awokado (moje włosy go kochają), olej kokosowy, glicerynę, jedwab, olej jojoba, olej arganowy, mocznik i ekstrakt z bursztynu. Dodatkowo dzięki aplikacji ciepłej maski, łuski włosa otwierają się czerpiąc całą moc z dobroczynnych składników.  Szampon nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym - SLS zaraz po wodzie, więc do delikatnych nie należy, ale to pewnie po to aby dokładnie zmyć oleje. Dalej w jego składzie znajduje się mocznik, ekstrakt z bursztynu, inulina, pantenol oraz kolagen. Balsam zawiera za to emolienty, glicerynę, wyciąg ze skrzypu polnego i innych ziół, inulinę, keratynę, proteiny pszenicy i mocznik. Skład tej kuracji jest więc dosyć bogaty i w pełni pomaga zachować w pielęgnacji równowagę proteinowo- emolientowo-humektantową.

Sposób użycia

  • Podgrzaną wcześniej w gorącej wodzie zawartość saszetki z maską olejową nałożyłam na suche włosy, założyłam czepek i ciepłą wełnianą czapkę i pozostawiłam tak na pół godziny.
  • Umyłam włosy szamponem nawilżającym - już wtedy włosy przy spłukiwaniu były śliskie i lejące.
  • Nałożyłam balsam wygładzający i metodą ,,wprasowywania'' rozprowadziłam po włosach i po chwili spłukałam, Producent informuje, że jeśli włosy są mocno przesuszone i potrzebują intensywnej regeneracji to warto pozostawić balsam bez spłukiwania.

Efekty 


Moje włosy ostatnio stały się bardziej przesuszone i trudno było mi je ułożyć, Miałam ogromną nadzieję, że po tej kuracji trochę odżyją i wreszcie skończą się moje ,,bad hair days''. Jak wyżej pisałam - już przy spłukiwaniu i zmywaniu maski olejowej włosy były gładkie i śliskie a to bardzo dobry znak. Po użyciu balsamu pozwoliłam im naturalnie wyschnąć ugniatając je tylko głową w dół. Na końcówki nałożyłam moje ukochane serum z Biovax z witaminą A i E. Akurat w ten dzień postanowiłam zrobić sobie kilka zdjęć więc efekty możecie ocenić sami:




Jak widać włosy są odpowiednio dociążone, nie spuszyły się i całkiem ładnie ułożyły bez żadnych wspomagaczy. Jestem jak najbardziej zadowolona z efektów po tej kuracji i na pewno będę do niej wracać w ,,kryzysach włosowych''. Polecam każdej z Was ją przetestować! 

Pozdrawiam, Karolina

Maść końska na porost i zagęszczenie włosów, czyli czego to włosomaniaczki nie wymyślą...

Hej, kochane! Witam Was pierwszym postem w tym roku. Długo przymierzałam się do jego napisania, bo temat jest nieco kontrowersyjny i nie byłam pewna czy jest godny uwagi i zostanie dobrze odebrany. Jednak efekty mówią same za siebie i po prostu muszę się z Wami podzielić sposobem na największy przyrost włosów jaki udało mi się osiągnąć od początku mojej przygody z włosomaniactwem. Sprawczynią całego tego zamieszania jest... maść końska powszechnie stosowana na bóle mięśni i stawów. Moje testowanie trwało dwa miesiące, w tym robiłam miesięczne przerwy na stosowanie innych wcierek, jednak żadna nie dała takich efektów jak ta ,,końska'' dawka ziół.



Skąd w ogóle tak szalony pomysł na wcieranie maści końskiej w skalp? Ponad rok temu natrafiłam na taki temat na forum wizaż i byłam w niezłym szoku gdy zaczęłam czytać ile dziewczyn odważyło się na taki eksperyment. Szybko uznałam, że to wariatki i w życiu nie odważyłabym się nakładać maści o takim przeznaczeniu na moją delikatną skórę głowy. Szybko zapomniałam o temacie jednak co jakiś natrafiłam na kolejne historie zadowolonych dziewczyn, którym udało się dzięki niej uzyskać nawet 5 cm przyrostu w miesiąc, a do tego mnóstwo baby hair'ów. Dodatkowo ta jedna konkretna i polecana przez dziewczyny maść marki Herbamedicus, którą można kupić nawet w Biedronce, nie powodowała żadnych skutków ubocznych. Coraz bardziej zagłębiałam się w temat i przyznam, że perspektywa tylu dodatkowych centymetrów była naprawdę kusząca jednak zdrowy rozsądek nadal brał górę. Przez długi czas stosowałam różne wcierki - zarówno sklepowe jak i te robione w domowym zaciszu (np. z kozieradki) jednak zaczęły wyczerpywać mi się pomysły i któregoś dnia postanowiłam, że zaryzykuję, a nawet jeśli maść się nie sprawdzi to będę jej używać na potreningowe bóle mięśni.

Ja osobiście postawiłam na wersję chłodzącą gdyż wyczytałam, że efekty są porównywalne do tej rozgrzewającej, a jakoś tą drugą mimo wszystko bałabym się nałożyć na głowę. Swoją maść udało mi się upolować w promocji za około 15 zł i myślę, że wystarczy mi spokojnie na jeszcze dwa kolejne miesiące intensywnej kuracji.

Po pierwsze i najważniejsze - próba uczuleniowa!


Przy stosowaniu produktu, który zawiera tak dużą ilość aktywnych składników (25 ziół!) wykonanie kilkukrotnej próby uczuleniowej jest niezbędne i bez tego nie powinnyśmy nawet pomyśleć o tym aby nałożyć ją bezpośrednio na skalp. Nigdy nie wiemy, czy któryś ze składników w maści nie wywoła u nas silnej reakcji alergicznej! Ja wykonałam łącznie 3 próby - pierwszą na zgięciu kolana i łokcia, drugą za uchem a trzecią na małym fragmencie skóry głowy. Po 24 godzinach nie wystąpiły żadne niepożądane reakcje, jak np. pieczenie i swędzenie czy zaczerwienienia. Czułam jedynie przyjemny chłodek i mrowienie, więc uznałam, że czas przejść do właściwego testowania.

Ile i jak nakładać maść na skalp?


Wyczytałam, że na początku najlepiej jest rozcieńczać maść z wodą, gdyż ułatwia to aplikację, a dodatkowo zmniejsza ryzyko podrażnienia oraz nie przyzwyczaja skalpu od razu do największej dawki. U mnie była to 1 łyżeczka maści na 4 łyżeczki wody, które mieszałam na zwykłym talerzyku a następnie nakładałam opuszkami palców na skalp jednocześnie robiąc przedziałki. Początkowo próbowałam nakładać maść pipetą lub za pomocą buteleczki z atomizerem jednak jej konsystencja jest tak gęsta, że szło to dosyć opornie i tradycyjne wcieranie okazało się tu najlepszym sposobem. 
Zawsze nakładałam maść na 30 minut przed każdym myciem (zwykle 3 razy w tygodniu), z czasem zwiększałam czas do godziny, a nawet dwóch i dodawałam coraz mniej wody . Bardzo zdziwiło mnie to, że mimo że maść końska zawiera dosyć wysoko w składzie alkohol, który ułatwia wnikanie aktywnych składników, to w żaden sposób nie podrażniło to mojego wrażliwego skalpu, w przeciwieństwie do wielu drogeryjnych wcierek. Wprost przeciwnie - moja skóra głowy już dawno nie była tak ukojona i nawilżona. Paradoksalnie okazało się więc, że coś co ma zupełnie inne zastosowanie zadziałało na moją skórę głowy o wiele lepiej niż produkty specjalnie do tego przeznaczone. Pokazuje to tylko, że nie zawsze trzeba koniecznie sugerować się tym, co jest napisane na opakowaniu, a raczej patrzeć przede wszystkim na skład.

Efekty po miesiącu stosowania


Widoczne efekty pojawiły się już po 2 tygodniach stosowania, bo odrost powoli zaczął się rzucać w oczy, jednak dopiero po miesiącu byłam naprawdę zdumiona, bo gdy go zmierzyłam wynosił 3,5 cm! Dla mnie to naprawdę sporo biorąc pod uwagę, że włosy od zawsze rosły mi baaardzo opornie. Dodatkowo efekty jakie zauważyłam to mnóstwo nowych małych przyjaciół - mowa tu oczywiście o baby hair, które aktualnie sterczą mi na czubku głowy jak małe antenki. Zauważyłam także zmniejszone przetłuszczanie i gdybym chciała mogłabym myć włosy dwa razy w tygodniu. Co do wypadania to u mnie ani się nie zmniejszyło ani nie wzmożyło, co akurat jest plusem, bo najbardziej bałam się tego, że włosy zaczną mi wypadać na potęgę. 

Na załączonych zdjęciach widać jaki odrost udało mi się wyhodować od 3 do 26 listopada oraz różnicę w długości:
























I jeszcze dwa zdjęcia - jedno w kręconych gdzie widać, że odrost jest minimalny, a na drugim osiągnął już poziom krytyczny i jeszcze w tym samym dniu ufarbowałam włosy:



Mimo mojego początkowo sceptycznego nastawienia okazało się, że najbardziej wydawać by się mogło absurdalne pomysły są najlepsze. Jestem zachwycona działaniem tej maści na moje włosy i na pewno będę co jakiś czas powtarzać kurację, bo powoli zbliżam się dzięki temu do osiągnięcia swojej wymarzonej długości. Być może osiągnięcie jej będzie moim jedynym pewnym do zrealizowania postanowieniem na ten nowy rok :D

Pozdrawiam, Karolina

Farbowanie henną Swati + nowe triki w hennowaniu

Wiele z Was często zadaje mi pytania związane z hennowaniem, a sam mój wpis na ten temat jest jedynym z najpopularniejszych na blogu. Uznałam więc, że może Was zainteresować fakt, że pierwszy raz zdradziłam hennę Khadi, której używałam od półorej roku. Skąd taka decyzja i czy efekt zachwycił mnie na tyle, że pozostanę przy nowym odkryciu? O tym dowiecie się w dalszej części.















































Może zacznę od tego dlaczego zawsze wybierałam indyjską hennę marki Khadi. Zdecydowałam się
na nią gdyż zwyczajnie jest najpopularniejsza i sięga po nią najwięcej dziewczyn stąd wiele opinii na niej temat i nie bałam się jej użyć. Jednak teraz po pierwszym hennowaniu za pomocą Swati poważnie zastanawiam się dlaczego wcześniej nie zaczęłam szukać jakiejś alternatywny i dziękuję Monice prowadzącej włosową serię dla rudych włosów, bo to właśnie przez jeden z jej wpisów zdecydowałam się na ten eksperyment.

Po pierwsze i najważniejsze - cena obu tych ziołowych farb jest podobna, jednak opakowanie Swati zawiera 50 gram henny więcej, co przy regularnym stosowaniu pozwala nam zaoszczędzić, bo zawsze jesteśmy jedno hennowanie do przodu. Po drugie zauważyłam, że Swati ma mniej intensywny zapach i krócej utrzymuje się on na włosach, co może być wielkim plusem dla dziewczyn, które go nie znoszą. Po trzecie - mam wrażenie, że Swati o wiele lepiej i szybciej się rozrabia mimo, że obie henny są tak samo drobno zmielone i nie wiem z czego to wynika. No i ostatnie, choć już mniej ważne, henna Swati zamknięta jest w metalowej puszcze z eleganckim wzorem, a że jestem estetką to i pod tym względem wygrywa z Khadi.



Pierwszy raz zdecydowałam się także na połączenie dwóch henn - wybrałam standardową naturalną hennę z dodatkiem amli, a także bezbarwną cassię, która miała za zadanie stworzyć bardziej złotawy odcień. Podczas przygotowywania henny zastosowałam także kilka nowych trików:

  • Zamiast wody użyłam rumianku - jak wiadomo rumianek ma właściwości rozjaśniające, więc pierwszy raz zamiast wody rozrobiłam hennę z mocnym naparem (3 torebki na ok. 400 ml wody) rumianku. Ma to na celu rozjaśnić kolor, który otrzymamy po farbowaniu.
  • Nie odstawiłam henny po jej przygotowaniu - dowiedziałam się, że jeśli nie odstawimy henny w celu utlenienia to kolor ma szansę wyjść bardziej rudy niż czerwony więc postanowiłam spróbować.
  • Umycie włosów po hennowaniu - jest to trik, który należy zastosować jedynie jeśli po zmyciu kolor jest dla nas satysfakcjonujący i nie chcemy aby ściemniał podczas dalszego utleniania. Mi zależy na jak najbardziej rudym odcieniu, nie wpadającym w kasztan, więc po zmyciu henny od razu umyłam włosy delikatnym szamponem i nałożyłam odżywkę.

Oprócz wyżej wymienionych zmian wprowadziłam także kilka dodatków i cała mieszanka zawierała:

50 gram czystej henny z dodatkiem amli
50 gram neutralnej henny, czyli tzw. cassi 
napar z 3 torebek rumianku - około 400 ml
2 łyżki miodu
po łyżeczce - cynamon, imbir, kurkuma 



Miód również, jak rumianek, ma właściwości rozjaśniające a także blokuje dalszy rozwój barwnika dzięki czemu kolor nie ciemnieje. Oprócz tego ma działanie odżywcze i nawilżające, co nieco pomaga pokonać tzw. ,,pohennowy przesusz'' spowodowany dużą dawką ziół.

Jeśli chodzi o przyprawy to cynamon nie jest tu niczym nowym, bo zawsze dodawałam go do henny, jednak pierwszy raz zdecydowałam się także na dodatek imbiru i kurkumy. Mają one za zadanie stworzyć delikatne złote refleksy. Oprócz tego przyprawy te skutecznie neutralizują ,,siankowaty'' zapach henny. Moje włosy po dwóch dniach nadal pachniały cynamonem, a że uwielbiam ten zapach to teraz na pewno już nie zapomnę o jego dodatku do henny.

Standardowo całą (jeszcze ciepłą!) przygotowaną mieszankę nałożyłam na wilgotne, umyte dwukrotnie oczyszczającym szamponem włosy. Trzymałam przez 2,5 godziny, podgrzewając na początku suszarką z gorącym nawiewem. Po tym czasie hennę spłukałam i umyłam płynem Facelle.

Efekty - przed i po hennowaniu




























Celowo zdecydowałam się na wyprostowanie włosów przed i po hennowaniu abyście mogły zobaczyć różnicę  gdyż jak zauważyłam gdy mam je pokręcone to trudniej to dostrzec. Myślę, że różnica w kolorze jest  zauważalna (oba zdjęcia robione w świetle dziennym, bez żadnych filtrów). Wcześniej nie sądziłam, że uda mi się wrócić do jasnych, złocistych rudości, a jednak triki zadziałały. 

Według mnie efekt jaki daje Khadi i Swati jest niemal identyczny, więc z racji tych 50 gram więcej na pewno na stałe przerzucę się już na Swati. Swoją drogą to ostatnio prostowałam włosy ponad dwa miesiące temu i nie miałam pojęcia, że aż tak urosły. Niedługo pojawi się tu wpis o dosyć kontrowersyjnym produkcie przyspieszającym porost, dzięki któremu moje włosy w miesiąc urosły o prawie 3 cm! - także wyczekujcie.

Pozdrawiam, Karolina

Dlaczego zdecydowałam się na farbowanie chemiczne? Plusy i minusy farbowania henną

Jak pewnie większość moich stałych czytelniczek wie, od prawie dwóch lat farbuję włosy tylko i wyłącznie naturalną henną. Nadal twierdzę, że jest to najlepsze co mogłam zrobić dla moich włosów i nie wyobrażam sobie powrotu do chemicznych farb, szczególnie, że po długim namyśle w ostatnim czasie zdecydowałam się jednak na koloryzowanie włosów farbą fryzjerską... Jeśli zastanawiacie się jaki był tego cel skoro henna jest według mnie taka wspaniała to zapraszam do dalszej części wpisu :-)






















Jeśli nigdy wcześniej nie słyszałyście o hennowaniu to z tego miejsca odsyłam Was do tego wpisu, gdzie wyjaśniłam czym jest henna i jak wygląda farbowanie nią włosów krok po kroku. Choć post ten napisałam w marcu zeszłego roku to moje zdanie co do henny niewiele się zmieniło. Ziołowe farbowanie zdecydowanie pomogło mi w walce o zdrowe włosy - stały się mocniejsze, grubsze i lśniące, a kolor uzyskany po hennowaniu nie może się równać z żadną chemiczną farbą. Jest bowiem trójwymiarowy i wiele osób nadal pyta mnie czy to mój naturalny kolor. Do tego jest bardzo trwały, czego na pewno nie można powiedzieć o wszelkich rudych farbach z drogerii. Po tym czasie śmiało mogę stwierdzić, że henna ma bardzo pozytywny wpływ na moje włosy i nie zamierzam z niej rezygnować, choć ma też kilka znaczących minusów, o których chcę Was uświadomić zanim zdecydujecie się po nią sięgnąć.


Minusy farbowania henną 


  • Przygotowanie i nakładanie - o ile z rozrobieniem samej henny nie powinnyśmy mieć większych problemów (choć i to jest trudniejsze niż zwykłe zmieszanie farby z utleniaczem) to dla nowicujeszek nałożenie takiej zielonej papki może okazać się nie lada wyczynem. Warto przy pierwszych hennowaniach mieć kogoś do pomocy jeśli nie chce się aby całe pomieszczenie było upaćkane zieloną breją...
  • Długi czas farbowania - to prawda, że hennowanie nie jest stworzone dla niecierpliwców bowiem czym dłużej trzyma się ją na włosach tym lepiej. U mnie są to 3-4 godziny, w zależności ile mam aktualnie czasu. Zdarzyło mi się jednak trzymać ją krócej i nie zauważyłam znaczących różnic w intensywności koloru. 
  • Utlenianie się koloru - henna rozwija swój rzeczywisty odcień na włosach przez kolejne 48 godzin od farbowania, w których, aby nie zakłócić tego procesu, nie powinno się myć włosów. Może to okazać się bardzo kłopotliwe dla osób z włosami skłonnymi do przetłuszczania się. 
  • Pohennowy przesusz - który jest naturalnym zjawiskiem, gdyż taka dawka ziół ma prawo przesuszyć włosy. Jest to jednak efekt krótkotrwały i łatwy do zwalczenia odpowiednią pielęgnacją.
  • Zapach - charakterystycznym dla hennowania jest utrzymujący się do kilku myć ziołowy zapach, który mój chłopak sprecyzował kiedyś zdaniem: ,,Pachniesz jak sianko'' i trafił w sedno. Według mnie zapach ten nie jest jednak uciążliwy i o wiele bardziej wolę to niż duszącą woń amoniaku. Dodatkowo można go zneutralizować dodając do rozrobionej henny odpowiednią odżywkę lub maskę.
  • Trwały kolor - dla mnie to jeden z największych plusów jednak dla osób które lubią eksperymentować niekoniecznie. Henna bowiem łączy się z keratyną włosa (wypełnia mechaniczne ubytki) i nawet przy pierwszych umyciach po farbowaniu nią nie zauważyłam by kolor się wypłukiwał.  Żaden dobry fryzjer nie zgodzi się na dekoloryzjację czy rozjaśnianie na hennowanych włosach co warto wziąć pod uwagę. Ja na przykład wiem, że nigdy nie zdecyduję się na blond więc dla mnie to żaden minus, ale znam przypadek gdzie dziewczyna nie wspomniała nic fryzjerce, że jej włosy były kiedyś farbowane henną i skończyła z glonem na głowie...
  • Paleta barw - jest na pewno o wieeele mniejsza niż drogeryjnych farb, bo do wyboru mamy: hennę bezbarwną (Cassia), która służy jako odżywka, trzy odcienie blondu (jasny,średni i złoty), naturalną hennę (której używam ja i daje efekt od rudości po mahoń), henna jasny, ciemny i orzechowy brąz oraz indygo, która odpowiada czerni. 
  • Uzyskany odcień - zależny jest od struktury i naturalnego koloru włosów. Henna ma to do siebie, że nie ujednolica koloru, więc tam gdzie mamy refleksy kolor będzie naturalnie jaśniejszy. Dla mnie to plus, bo dzięki temu efekt jest niesamowicie naturalny a kolor trójwymiarowy i wygląda inaczej w różnym świetle.
  • Ciemnienie koloru - to dla mnie zdecydowanie największa wada o której na początku swojej przygody z hennowaniem niestety nie wiedziałam i choć zawsze wybierałam tę samą hennę to kolor moich włosów z miesiąca na miesiąc pogłębiał się i ciemniał. Jednak i na to znalazłam sposób...

Dlaczego zdecydowałam się na farbę chemiczną?




Pomimo, że przez kilka ostatnich miesięcy nakładałam hennę już tylko na odrost to jak widać mój kolor bardziej przypominał kasztan niż dawną płomienną rudość za którą tak tęskniłam. Wiedziałam jednak, że rozjaśnianie jest bardzo ryzykowne i nie podejmie się go żaden fryzjer więc próbowałam zdziałać coś na własną rękę. Jednak żaden szampon przeciwłupieżowy, płukanki z rumianku i inne sposoby z internetu nie dały zupełnie nic. Gdy już się poddałam i zaakceptowałam fakt, że nie ma sposobu aby rozjaśnić moje włosy przez przypadek trafiłam na bloga sophieczerymoja, którego już z tego miejsca serdecznie polecam! Zachwyciłam się włosami Moniki, a w szczególności ich kolorem i z jej wpisów dowiedziałam się, że miała dokładnie ten sam problem z ciemnieniem koloru i doskonale sobie z nim poradziła. Po dokładnej lekturze i analizie zamówiłam fryzjerską farbę Allwaves w odcieniu marchewkowym i szczerze powiedziawszy, pierwszy raz naprawdę bałam się farbowania włosów. Najgorszy był dla mnie okropnie duszący smród amoniaku od którego tak dawno się odzwyczaiłam i oczekiwanie na efekt końcowy. Jakież było moje zdziwienie gdy po wysuszeniu moim oczom ukazał się upragniony kolor o którym tak marzyłam! Kolor rozjaśnił się o kilka tonów i był o wiele bardziej wyrazisty. Moje włosy też jakoś znacząco nie ucierpiały więc jestem w pełni zadowolona.


Efekt po:





























Z bloga dziewczyn dowiedziałam się także, że są sposoby na to, aby henna nie ciemniała i przy kolejnym hennowaniu również zamierzam skorzystać z rad Moniki jak i innej henny. Jestem przeszczęśliwa, że istnieją włosomaniaczki, które nie boją się eksperymentować i przekazują swoją wiedzę dalej.

Pozdrawiam, Karolina

Ulubione produkty do pielęgnacji

Czas na ulubieńców, czyli produkty które moje włosy pokochały od pierwszego użycia i na stałe goszczą już w moim rytuale pielęgnacyjnym. Od jakiegoś czasu o wiele bardziej stawiam na jakość a nie ilość kosmetyków na mojej półce. Wiem co służy moim kosmykom więc nietrafione zakupy nie mają już miejsca. Jeśli jesteście ciekawe jakie kosmetyki włosowe są moim absolutnym ,,must have'' i poleciłabym je każdej z Was to zapraszam do dalszej części wpisu :)


Szampony i peeling























Przyznam szczerze, że w tę kategorię inwestuję najmniej bowiem według mnie szampon ma za zadanie jedynie oczyścić skórę głowy i włosy. Nie wierzę, że coś co jest na naszych włosach nie dłużej niż kilka minut może w jakikolwiek sposób je nawilżyć lub odżywić. Z tym że jeśli ktoś tak jak ja posiada wrażliwą skórę głowy powinien przykładać większą wagę do wyboru tego produktu i koniecznie czytać składy. Dla mnie pod tym względem już od prawie dwóch lat wygrywa płyn Facelle z dodatkiem awokado i ekstraktem z rumianku. Choć opinie co do mycia włosów płynem do higieny intymnej są mocno podzielone, bo przecież od mycia włosów są szampony to proszę wskażcie mi szampon, który ma tak dobry, delikatny skład a jednocześnie domyje każdy olej - będę wdzięczna!

Skład: Aqua, Lauryl Glucoside (łagodny detergent), Cocamidopropyl Betaine (łagodny detergent), Lactic Acid (kwas mlekowy - reguluje odnowę komórkową skóry, zwiększa skuteczności działania innych preparatów kosmetycznych ), Glycerin (gliceryna - ma właściwości nawilżające)  , Sodium Chloride (stabilizator), Sodium Benzoate (konserwant), Coco-Glucoside (substancja myjąca pochodzenia roślinnego), Glyceryl Oleate (emulgator), Sorbitol (utrzymuje nawilżenie skóry), Urea (mocznik - substancja silnie nawilżająca) , Propylene Glycol (konserwant), Allantoin (działa 
regenerująco, ułatwi gojenie, nawilża), C12-15 Alkyl Lactate (emolient) Parfum, Serine (składnik zapachowy, środek kondycjonujący do włosów), Sodium Lactate (substancja utrzymująca odpowiednie pH), Butylene Glycol (składnik zapachowy), Chamomilla Recutita Flower Extract (ekstrakt z rumianku), Persea Gratissima Fruit Extract (ekstrakt z awokado), Ethoxydiglycol (składnik zapachowy), Bisabolol (składnik olejku rumiankowego), Potassium Sorbate (konserwant)

Drugi produkt widoczny na zdjęciu to delikatny szampon z aloesem marki Balea. Przywiozła mi go ostatnio mama i po analizie składu, który nie zawiera perfum, barwników, konserwantów, olejków eterycznych, glutenu, parabenów, silikonów ani oleju parafinowego uznałam, że warto go przetestować. Sprawdził się bowiem nie wystąpiło u mnie żadne podrażnienie a włosy były domyte i nie plątały się. Myślę, że sprawdziłby się u każdego wrażliwca, a do tego na plus przemawia bardzo niska cena - około 5-8 zł w przeliczeniu na polskie złote. Niestety szampon można kupić jedynie w sieci drogerii DM.





















Absolutnym strzałem w 10-tkę w mojej pielęgnacji okazał się zakup tego nieco dziwnego kosmetyku jakim jest rokitnikowy scrub do skóry głowy od Natura Siberica. Dokładną jego recenzję znajdziecie W TYM wpisie. Dodam, że chociaż peeling stosuję od początku lutego raz w tygodniu to zużyłam na razie jakieś 3/4 tuby, więc wydajność również na plus.

Maski


Maski do włosów to, zaraz po olejach, produkty, którym zawdzięczam najwięcej jeśli chodzi o kondycję moich włosów. Na zdjęciu trzy z czterech moich ulubieńców - brakuje tu jedynie nawilżającej maski Ecolab, która właśnie mi się skończyła, ale na pewno w przyszłości do niej wrócę.

Jeśli chodzi o maski Biovax to w zasadzie nie ma takiej z której byłabym niezadowolona jednak ta, którą miałam okazję przetestować dzięki współpracy ze sklepem Biutiq wygrała bezkonkurencyjnie ze swoimi poprzedniczkami. Moje wrażenia na jej temat opisałam TUTAJ. Maska właśnie dobija mi denka i jestem pewna, że kupię ją ponownie dla tego blasku, odżywienia i podkreślenia skrętu.

Kolejna maska to aktywna czarna maska na bazie szungitu, którą stosowałam już mniej więcej rok temu i bardzo przypadłyśmy sobie do gustu. Ma tak dobry skład, że grzechem byłoby nie nakładać jej także na skórę głowy. A do tego ten świeży, lekko morski zapach... Jej pełną recenzje wraz ze składem możecie znaleźć TUTAJ.

Ostatni zakup, który planowałam już jakiś czas to marokańska czarna maska od Planeta Organica, która od jakiegoś czasu tak podbija internet i skusiłam się na nią i ja. Jednak gdy w końcu chciałam ją zamówić to nie była dostępna praktycznie na żadnej stronie - maska jest dosłownie rozchwytywana!


Nie będę ukrywała, że miałam duże oczekiwania co do tego produktu, który jest wychwalany przez tak wiele włosomaniaczek i oczywiście nie zawiodłam się. Już po pierwszym użyciu włosy przy spłukiwaniu były śliskie, gładkie i miękkie. Zaskoczył mnie jedynie kolor bowiem maska nie jest czarna, a...zielona! Dosłownie przypomina jakąś trawiasto-bagienną mieszankę, co może przynieść lekkie obawy. Poczytałam jednak i nawet blondynki nie muszą się obawiać - maska nie zabarwia włosów. Bardzo przyjemnie się ją nakłada bowiem ma gęstą, wręcz maślaną konsystencję dzięki czemu nie spływa z włosów. Zapach za to jest dosyć charakterystyczny - orientalny i trochę przywodzi na myśl męskie perfumy więc nie każdej z nas przypadnie do gustu. A jakie były efekty? Po ploopingu loczki stały się idealnie sprężyste, dociążone i błyszczące. Zauważyłam, że nawet końce, które ostatnio są trochę przesuszone stały się bardziej zdyscyplinowane, a włosy zupełnie przestały się puszyć. 

Skład:  Aqua with infusions of Organic Argania Spinosa Kernel Oil (olej arganowy), Organic Citrus Aurantium Amara Flower Oil (olej neroli), Laurus Nobilis Leaf Extract (olej laurowy), Olea Europaea Fruit Oil (oliwa z oliwek), Eucalyptus Globulus Leaf Oil (olejek eukaliptusowy), Lavandula Angustifolia (Lavender) Oil (olejek lawendowy), Origanum Vulgaris Extract (ekstrakt z lebiodki pospolitej); Cetearyl Alcohol, Glyceryl Srearate, Behentrimonium Chloride, Cetyl Ether, Isopopyl Palmitate, Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Citric Acid

Jak widać maska jest mieszanką oleju arganowego, neroli, laurowego oraz oliwy z oliwek. W składzie znajdują się także olejki eteryczne (lawendowy i eukaliptusowy), ekstrakt z oregano oraz dwa przyjazne silikony (jeden lotny a jeden łatwo zmywalny). Jako że moje włosy uwielbiają emolienty to nie mogłyśmy się nie pokochać :)

Odżywka

























Tej odżywki chyba nie muszę Wam już przedstawiać - wielokrotnie przewijała się przez mojego bloga i zdałam sobie sprawę, że jest to produkt, który od ponad dwóch lat gości u mnie na stałe. Jest to odżywka, która idealnie sprawdzi się na wysokoporowatych, suchych, zniszczonych i puszących się włosach, a w szczególności na takich, które się falują bądź kręcą. Według mnie jest ideałem - moje włosy nigdy się na niej nie zawiodły i efekt za każdym razem jest taki sam - mięsiste, odpowiednio dociążone  i lśniące kosmyki. Nakładam ją zawsze gdy nie chcę eksperymentować a zależy mi na gwarantowanym efekcie ,,wow''. Do tego ten zapach! Jest tak piękny, że chciałabym aby powstały perfumy na jego bazie. Dotychczas żaden inny produkt go nie przebił. Konsystencja jest gęsta niczym w masce więc to kolejny plus. Poleciłam ją już wielu koleżankom i zawsze potem dziękowały więc naprawdę warto ją wypróbować. Jeśli miałabym polecić Wam tylko jeden produkt to byłaby to właśnie ta odżywka.

Olej i olejki 


























Olejowanie to dla mnie najważniejszy element pielęgnacji i wiem, że to właśnie ono przyczyniło się najbardziej do poprawy kondycji moich włosów. Choć teraz moje włosy zmierzają już bardziej do średnioporowatych to nadal funduję im zabieg olejowania praktycznie przed każdym myciem. Nadal moim numerem jeden w tej kwestii jest COCOMASK czyli czysty, nierafinowany olej kokosowy zmieszany z lawendowym, który jak pisałam w tej recenzji jest duetem idealnym. Choć zaczęłam go używać w lutym tego roku to nadal mam jeszcze pół opakowania! Produkt jest więc bardzo wydajny a efekty olejowania nim spektakularne.























Powyższa kombinacja służy mi od dłuższego czasu do zabezpieczania końcówek po każdym umyciu. Serum Biovax z witaminą A i E zaczęłam stosować w maju 2015 roku i od tamtego czasu używam go na stałe. Nigdy nie wierzyłam, że jakiekolwiek serum będzie w stanie nie tylko zabezpieczyć końcówki, ale i zatrzymać ich rozdwajanie! Od kiedy go używam znacznie rzadziej muszę podcinać włosy, ponieważ nie kruszą się już i nie łamią. Dodatkowo to cudo ma bardzo przyjemny zapach i nie skleja ani nie obciąża włosów jak większość innych silikonowych serum. Jeśli nadal Was jednak nie przekonałam to zapraszam na wizaż gdzie ma bardzo pochlebne opinie.

Całkiem niedawnym odkryciem jest za to serum Biosilk Maracuja Oil. Niestety należę do osób, które zostały pokrzywdzone słynnym jedwabiem z alkoholem tej firmy więc ze zdziwieniem przeanalizowałam skład, kiedy natrafiłam na ten produkt w Rossmannie. Takim oto sposobem finalnie serum wylądowało w koszyku. Pierwszy oczarował mnie słodki zapach, który kojarzy mi się z gumą balonową. Serum świetnie wygładza i nabłyszcza końcówki, dyscyplinuje włosy nie obciążając ich. Często używam go na całą długość gdy włosy się spuszą i genialnie się sprawdza w tej roli. Generalnie zwracam honor Biosilkowi! 

Mam nadzieję, że ten wpis pomoże choć kilku z Was dokonać wyboru podczas następnych włosowych zakupów i że u Was te produkty również staną się wtedy tymi ulubionymi :) A może macie jakieś swoje hity, które mogłybyście polecić?

Pozdrawiam, Karolina 









Jak chronić włosy podczas plażowania?

Witajcie! Podczas pobytu w Grecji, będąc na plaży, zostałam zainspirowana do stworzenia dzisiejszego wpisu. Zauważyłam bowiem, że o ile większość z nas stara się chronić swoją skórę przed szkodliwym działaniem słońca o tyle nasze włosy są zwyczajnie zapomniane i pozostawione same sobie. Niestety niewiele z nas zdaje sobie sprawę jak bardzo może to wpłynąć na ich kondycję, Pora więc to zmienić! Co zatem możemy zrobić by nasze włosy po wczasach nie przypominały stogu siana? Postaram się dać Wam kilka rad, które sama stosuję obecnie podczas plażowania :)





















W jaki sposób słońce i morska woda niszczą włosy?  


Większość z nas ma świadomość jak promienie UV szkodzą naszej skórze. A jaki wpływ mają one na nasze włosy? Powodują odchylenie się łusek i niszczenie ich kory co sprawia, że włosy stają się suche, matowe i łamliwe. Niestety są to uszkodzenia trwałe, bowiem kora włosa składa się z keratyny, która pod wpływem promieniowania ulega zniszczeniu. Jeszcze szkodliwsze działanie ma ,,suszenie'' włosów na słońcu po wyjściu z morza - morska woda ma odczyn zasadowy, a nasze włosy pod wpływem zasadowych roztworów pęcznieją przez co dodatkowo odchylają się łuski włosa przez co słońce ma wtedy jeszcze większe pole do popisu. Jak widać połączenie morska woda + słońce to zabójcze combo dla naszych kosmyków. 


























Po kilku dniach intensywnego plażowania zauważamy także, że nasze włosy stają się jaśniejsze. Niestety mimo iż taki efekt jest ostatnio bardzo pożądany to jest niczym innym jak oznaką uszkodzenia włosa. Promienie UV utleniają bowiem melaninę i z brązowej zmienia ona barwę na beżową. Najlepiej przed słońcem bronią się więc włosy naturalnie ciemne, ponieważ zawierają najwięcej ochronnej melaniny. Znacznie gorzej radzą sobie włosy po rozjaśnianiu lub farbowaniu. Są one najbardziej narażone na szkodliwe promienie, bo podczas koloryzacji melanina zostaje zniszczona, a sztuczny pigment nie zapewnia żadnej ochrony. Wniosek? Stanowczo nie warto inwestować w fryzjera przed samym wyjazdem - słońce i morska lub chlorowana woda i tak pozbawią naszą czuprynę części pigmentu a mechanizmy ochronne naszych włosów będą dodatkowo osłabione.

Podsumowując, słońce i morska lub chlorowana woda powodują ogólne osłabienie włosów, suchość, matowość i łamliwość, a do tego wypłowienie koloru i często podrażnienie skóry głowy. Jak więc się przed tych uchronić?

Jak chronić włosy?


Mam nadzieję, że teraz macie pełną świadomość, że nie tylko nasza skóra potrzebuje specjalnej ochrony przed wyjściem na plażę :) Metod zabezpieczenia naszych włosów jest naprawdę sporo, warto więc stosować chociaż kilka z nich, a jeśli bardzo zależy nam na tym aby nasze włosy po urlopie wyszły bez szwanku to najlepiej stosować je wszystkie:

  • Regeneracja przed wyjazdem - włosy odpowiednio nawilżone i natłuszczone będą lepiej broniły się przed szkodliwymi czynnikami. Warto więc zafundować im włosowe SPA - używać bogatych w substancje odżywcze masek i olejków.
  • Noszenie kapelusza bądź chustki - powinno być to tak samo naturalne jak stosowanie kremu z filtrem, bowiem nosząc nakrycie głowy chronimy nie tylko nasze włosy, ale przede wszystkim samych siebie przed niebezpiecznym udarem słonecznym. 
  • Upinanie włosów - koczek na czubku głowy to według mnie najlepsze wakacyjne rozwiązanie dla włosów - chronimy dużą ich powierzchnie a do tego nie jest nam gorąco.
  • Olejowanie - nałożenie oleju kokosowego, oliwy z oliwek czy masła shea dodatkowo ochroni nasze włosy. Poza tym po wystawieniu na słońce łuski włosa otworzą się dzięki czemu dobroczynne substancje będą miały większe pole do popisu :)
  • Prysznic - najlepiej tuż przed kąpielą w morzu skorzystać z prysznica lub spłukać włosy wodą mineralną i związać w warkocz lub kok. Włosy mają bowiem ograniczoną zdolność wchłaniania i po zmoczeniu ich wodą słodką nie będą w stanie wchłonąć już tyle drażniącej słonej wody. Dodatkowo związanie ich zapobiegnie szybszemu wysuszeniu. Pamiętajmy także o opłukaniu włosów każdorazowo po wyjściu z morza czy basenu. Zaś po plażowaniu warto umyć włosy jedynie odżywką lub delikatnym szamponem. 
  • Odpowiednie kosmetyki -  przed wakacyjnym wyjazdem warto wyposażyć się w produkty emolientowe - olejki, silikonowe serum, mgiełkę z filtrem UV.  Emolienty tworzą nietrwały film ochronny, który choć w części ochroni nasze włosy przed słońcem, silnym wiatrem czy słoną lub chlorowaną wodą. Ja sama przed każdym wyjściem na plażę czy basen stosuję tu mgiełkę ochronną a na końcówki nakładam olejek macadamia HASK czy maracuja z Biosilk. 






















Jak stworzyć własny kosmetyk chroniący włosy? 


Wbrew pozorom to bardzo proste i tanie rozwiązanie. Wystarczy wymieszać ze sobą w butelce z atomizerem składniki wykazujące działanie ochronne i stosować taką mgiełkę przed i w trakcie plażowania. Najłatwiej jest przygotować prosty olejowy spray, np.:

  • Do przegotowanej wody lub hydrolatu (ok. 50 ml) dodajemy odrobinę oleju lub kilku różnych, np. olej z pestek malin (ma najwyższy filtr UV), awokado czy kokosowy. Warto dodać kilka kropel olejku eterycznego dla ładnego zapachu.
  • W buteleczce łączymy ze sobą wodę, odrobinę odżywki (najlepiej typowo emolientowej) oraz wybrany olej.
Jeśli mamy w domu półprodukty to możemy stworzyć mgiełkę nie tylko o działaniu ochronnym, ale i nawilżającym, np.
  • 50 ml wody mieszamy z 5 ml aloesu, 10-15 kropelkami wybranego oleju, 5 kroplami pantenolu, 10 kroplami hydrolizatu keratyny i odrobiną witaminy E. 

Regeneracja po powrocie z wakacji 


Niestety mimo, że staram się stosować do wszystkich powyższych zasad to i tak czuję, że moje włosy zostały trochę pokiereszowane podczas tego wyjazdu. Planuję więc po powrocie udać się do fryzjera na delikatne podcięcie końcówek i zafundować włosom odżywczą saunę a sama postaram się jeszcze bardziej je odżywiać i olejować przed każdym myciem. 

Reasumując, podczas wakacyjnych wyjazdów nie powinnyśmy zapominać o kremie z filtrem i okularach, ale i o naszych włosach, które choć sami tego nie czujemy, przeżywają prawdziwy koszmar. Jeśli nie zapewnimy im odpowiedniej ochrony to podobnie jak nasza skóra - staną się suche i podrażnione. Mam więc nadzieję, że dzięki temu wpisowi, przy okazji pakowania się na wczasy nie zapomnicie spakować odpowiedniego włosowego ekwipunku! 

Pozdrawiam, Karolina 



Kosmetyki podkreślające skręt włosów

Dzisiejszy post skierowany jest głównie do kręconowłosych bowiem przedstawię Wam kilka produktów, które przetestowałam na własnej głowie i które naprawdę cudownie podkreślają skręt. Jeśli jednak jesteście posiadaczkami prostych włosów i marzą Wam się loki trzymające się cały dzień to również zapraszam do lektury dalszej części wpisu :)






















Od kiedy zaakceptowałam w końcu to, że moje włosy są kręcone i nie ma sensu katować ich codziennym prostowaniem to zapragnęłam aby moje loczki były jak najbardziej skręcone i elastyczne. Nie była to łatwa sprawa biorąc pod uwagę skalę zniszczeń i to, że wcześniej nie miałam bladego pojęcia o jakiejkolwiek pielęgnacji. Z czasem jednak gdy już wdrążałam się w temat i trafiłam na wizażowe forum dla zakręconych postanowiłam wypróbować produkty skierowane do włosów typowo kręconych. Z pomocą przyszła mama, która zakupiła mi niemiecką serię kosmetyków Balea dla włosów kręconych. Oba produkty - odżywka i spray stylizujący sprawdzają się na mich włosach doskonale, a w połączeniu z kremem stylizującym z Isany tworzą trio nie do pokonania. Odżywka znakomicie dociąża włosy, zapobiega elektryzowaniu i puszeniu podczas wilgoci, a włosy po jej zastosowaniu (zapewne za sprawą pantenolu i gliceryny) są nawilżone i miękkie. Spray'u używam sporadycznie do stylizacji gdy włosy na drugi dzień nieco stracą na objętości i po jego użyciu mogę wyjść do ludzi.

Za to krem z Isany, który w zasadzie designem idealnie wpasowuje się w serię Balea był spontanicznym zakupem, który okazał się strzałem w 10-tkę. Używam go zaraz po umyciu i rozczesaniu włosów nakładając niewielką ilość na włosy od ucha w dół a następnie ugniatam włosy głową w dół i stosuję plooping, o którym pisałam już w TYM wpisie. Efekt? Sprężyste i elastyczne loki jak spod lokówki. Jedna pompka w zupełności wystarcza na wymodelowanie całych moich włosów. Do tego cena jak za taką jakość jest zaskakująco niska - 10 zł. Jednak niedawno krem ten został wyparty przez magiczny produkt marki Joico, który ja i moje kręciołki pokochaliśmy od pierwszego użycia...




Od producenta: Nowy innowacyjny krem Joico Curl Controlling Anti Frizz Styler to elastyczna formuła, która zapewnia kontrolę nad lokami. Skutecznie zabezpiecza strukrurę włosa przed wpływem wilgoci, minimalizując puszenie fryzury. Joico Curl Controlling Anti Frizz Styler podkreśla skręt loków pozostawia optymalne utrwalenie, delikatność i elastyczność loków i fal.

Krem ma jedwabistą, gęstą konsystencję - wystarczy naprawdę niewielka ilość aby wystylizować włosy. Ma zapach, który przywodzi na myśl profesjonalne produkty fryzjerskie. Moje loki nigdy nie były tak lśniące i zdefiniowane jak po zastosowaniu tego produktu. Włosy nie są sztywne ani posklejane, a układają się w piękną kaskadę loczków. Tutaj efekt po jego użyciu:



Jednak jeśli Wasze włosy są proste jak drut, a uzyskany lokówką skręt rozprostowuje się po godzinie to serdecznie zapraszam do zapoznania się z metodą kręcenia z tego wpisu i przed przystąpieniem do wykonania loczków zalecam właśnie użycie produktu do włosów kręconych dzięki któremu Wasze loki na pewno utrzymają się jeszcze dłużej i będą bardziej zdefiniowane.

Podsumowując, sądzę, że każda z nas - zarówno z kręconymi jak i prostymi włosami powinna mieć w swojej kolekcji jakiś produkt podkreślający skręt. Dzięki takim kosmetykom kręconowłose uzyskają piękne sprężynki a te z prostymi będą mogły dłużej się cieszyć uzyskanym skrętem. 

Pozdrawiam, Karolina

HASK - moc egzotycznych olejków

Hej, moje włosomaniaczki! W dzisiejszym wpisie recenzja produktów amerykańskiej marki HASK, której kosmetyki opierają się na różnych rodzajach olejków. HASK to marka, która nie stosuje parabenów, alkoholu, siarczanów, związków aromatycznych, glutenu i sztucznych barwników. Dzięki wykorzystaniu wysokiej jakości składników linia HASK Egzotyczne Oleje prezentuje produkty do pielęgnacji wszystkich typów włosów. W ofercie znajdują się szampony, odżywki, maski oraz olejki oprate na jednym z kluczowych składników: olejku arganowym, kokosowym, z węgla drzewnego, kalahari, makadamia, keratynie, olejku bambusowym lub migdałowym. Ja zdecydowałam się na linie z bambusem jako, że moje włosy bardzo dobrze zareagowały na maskę Biovax Bambus&Awokado.

Jakież było moje zdziwienie gdy kurier przywiózł mi ogromną paczkę w której oprócz wybranego przeze mnie szamponu i odżywki znalazłam także maseczki i olejki z każdej serii oraz szczotkę a to wszystko w uroczym woreczku, który pokochałaby chyba każda włosomaniaczka :)


Seria Bamboo Oil 


Olej bambusowy, znany jako jeden z naturalnych skarbów Azji, jak zostało udowodnione, wzmacnia włosy i dostarcza niezbędnych składników odżywczych. W połączeniu z biotyną i kolagenem olej bambusowy daje włosom siłę, poprawia elastyczność i zapobiega rozdwajaniu. Cała seria bazuje na kompleksie ,,ProDefense'' - proteinach, które wnikają w głąb każdego włosa odżywiając je.



Zarówno szampon jak i odżywka mają bardzo gęstą konsystencję. Przy pierwszym myciu musiałam kilka razy spojrzeć na etykiety czy nie pomyliłam jednego z drugim :D Szczerze mówiąc nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z taką konsystencja szamponu i zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona jego wydajnością i działaniem, bo dotychczas do wyboru szamponu przykładałam się najmniej. Szampon z linii Bamboo Oil bardzo dobrze się pieni i wystarczy naprawdę niewielka ilość aby porządnie zmyć nawet naolejowane wcześniej włosy. W połączeniu z odżywką z tej samej serii to majstersztyk. Dzięki temu zrozumiałam, że naprawdę warto inwestować w szampon i odżywkę z tej samej linii, bo efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Włosy po całym pielęgnacyjnym rytuale z HASK były sypkie, miękkie a loczki podkreślone i dociążone tak jak lubię. Do tego bardzo na plus oceniam naturalny zapach w którym można wyczuć trawę cytrynową. Sama szata graficzna wszystkich produktów tej marki bardzo do mnie przemawia, a gdyby każda marka pomyślałaby o takich dozownikach to byłabym w siódmym niebie! Wystarczy jeden ,,klik'' i przechylenie butelki - nic się nie wylewa i nie wyślizguje z rąk, a możemy zaaplikować dokładnie tyle produktu ile potrzebujemy.



Jeśli chodzi o maski to obie z siostrą starałyśmy się testować jednocześnie każdą z serii w połączeniu z olejkiem. U mnie najlepszy efekt, o dziwo, dała seria z keratyną (moje włosy nie koniecznie lubią się z proteinami) a u siostry cuda zdziałała zaś seria z olejkiem makadamia. 


Szczotka HASK


Choć wygląda bardzo niepozornie i nie wiązałam z nią większych nadziei to gdy tylko pierwszy raz rozczesałam nią włosy do umycia doznałam szoku... Szczotka nie tylko moim zdaniem, ale i siostry, której włosy bardzo się plączą, jest lepsza niż słynny Tangle Teezer! Nie szarpie, nie elektryzuje i potrafi rozczesać nawet sporej wielkości kołtuny, a u mnie wystarczy kilka pociągnięć i włosy są idealnie gładkie.


Moje włosy po użyciu produktów HASK:





Podsumowując - jestem bardzo zadowolona z produktów firmy HASK i jak tylko skończy mi się seria z bambusem to chcę przetestować tę z olejkiem macadamia. Wszystkie produkty tej marki zakupicie na stronie: ULTA oraz stacjonarnie w drogerii Hebe.

Pozdrawiam, Karolina

Kolejna naturalna maska - kolejny strzał w 10-tkę!

Hejka! Dziś przybywam z recenzją kolejnej maski, którą nabyłam w Drogerii Shea. Jeśli jesteście zwolenniczkami naturalnej pielęgnacji to ten produkt również powinien Was zaciekawić :)























Opis producenta: Ekspresowa maska nadająca włosom blasku Grecka Figa została stworzona na bazie wyciągu z organicznej figi greckiej oraz niezastąpionego olejku migdałowego. Zapobiega splątywaniu, znacznie ułatwia rozczesywanie oraz czyni włosy gładkimi i podatnymi na uczesanie. Dzięki jej zastosowaniu włosy stają się prawidłowo odżywione, gładkie i jedwabiście miękkie. Maska marki Organic Shop nadaje się do codziennej pielęgnacji wszystkich typów włosów i ułatwia stylizację fryzur.


Opakowanie, konsystencja i zapach: Maska zamknięta jest w plastikowym słoiczku z przykrywką, która zamyka się po zatrzaśnięciu. Ma gęstą, wręcz maślaną konsystencję dzięki czemu genialnie rozprowadza się po włosach - nie spływa i jest bardzo wydajna. Jest to jedna z niewielu masek, których miałam okazję używać w takiej postaci co oceniam na wielki plus. Zapach również przypadł mi do gustu - maska pachnie owocami, wyczuwalna jest tu figa. Zapach jest delikatny i naturalny - czuć go na włosach jeszcze kilka godzin po umyciu.
























Działanie: Chociaż jest to maska ekspresowa i producent zaleca trzymanie jej na włosach od 1-2 minut to według mnie lepiej dać wniknąć składnikom w głąb włosa i pozostawić ją pod ciepłym ręcznikiem lub czapką na 15-30 minut. Co zauważyłam po prawie dwóch miesiącach jej stosowania? Maska zdecydowanie podkreśla skręt i ujarzmia puszące się włosy. Po jej zastosowaniu są bardzo miękkie i błyszczące. Dobrze się układają i rozczesują choć z tym nigdy nie miałam większych problemów. Po dłuższym czasie spostrzegłam, że włosy są mocniejsze i odżywione. Zdecydowanym plusem jest tu skład maski - 99% naturalnych składników, bez parabenów i silikonów. W składzie znajdziemy: ekstrakt z figi, olej ze słodkich migdałów, oliwę z oliwek, emolient i antystatyk. Moje włosy uwielbiają olejki w składzie więc ta maska nie miała prawa się nie sprawdzić :)


A tak moje włosy prezentują się po użyciu tej maski:




Jeśli mieszkacie w Wieluniu lub okolicach polecam odwiedzić Drogerię Shea, gdyż tą maskę kupiłam w niej za 12,90, a patrząc na cenę w sieci to waha się ona od 20-30 zł + koszt przesyłki więc różnica jest spora.

Pozdrawiam, Karolina

Naturalna pielęgnacja z Doll Face

Witajcie, moje drogie! Dzisiejszy post w pełni poświęcę niesamowitym, w 100% naturalnym i własnoręcznie produkowanym kosmetykom z Kanady, których mam przyjemność używać od dłuższego czasu dzięki Doll Face - @doll.fayse.

Jakiś czas temu buszując po Instagramie natrafiłam na konto Danielle na którym publikuje zdjęcia produktów do włosów, które robi sama i które są w pełni naturalne i wykonane z egzotycznych olejów z całego świata! Jako, że od dłuższego czasu stawiam na produkty pozbawione SLS, parabenów i silikonów bardzo się ucieszyłam, że będę mogła przetestować te cudeńka na własnych włosach :)
Produkty marki Doll Face to 3 produkty typowo do pielęgnacji i 3 przeznaczone do stylizacji.

Produkty do pielęgnacji:


  • Loco Coco - jest to olejek przeznaczony do olejowania włosów (najlepiej działa nałożony na całą noc). Jego skład to kombinacja egzotycznych olejków (oczywiście góruje tu kokosowy), sprowadzonych z różnych części świata: olej z eukaliptusa, rycynowy, musztardowy, jojoba, lniany, rozmarynowy, tymiankowy, bazyliowy, lawendowy, z drewna cedrowego, indyjska amla oraz oliwa z oliwek. Olejek ma niebanalny orientalny zapach - wyczuwalne są tu szczególnie zioła. Konsystencja jest dosyć gęsta i wystarczy naprawdę niewielka ilość aby włosy były w pełni otulone olejkiem. Zauważyłam, że Loco Coco dosłownie wchłania się w moje włosy tak, że rano praktycznie nie widać, że były olejowane! Już po kilku użyciach zauważyłam, że włosy są odżywione i bardziej błyszczące co nie zdarzało w przypadku olejów, które kupowałam w marketach. 
  • Cinnabunz -  zdobył moje serce nie tylko działaniem. Jako, że uwielbiam cynamon (kawa bez dodatku cynamonu dla mnie nie istnieje) już podczas pierwszej aplikacji pokochałam  ten niecodzienny produkt. Jest to nic innego jak scrub do skóry głowy, który ma zadanie oczyścić skalp i pobudzić cebulki włosowe do wzrostu. Składa się ze świeżo startego cynamonu, sody oczyszczonej, oliwy z oliwek, oleju z pestek moreli, olejku eukaliptusowego i aloesu. Nakładam go zgodnie z instrukcją na 15 minut robiąc przy tym 5-minutowy delikatny masaż skalpu a następnie stosuję standardową pielęgnację. Zauważyłam, że kiedy go nałożę to czuć lekkie mrowienie :D. Po jego zastosowaniu skóra głowy jest oczyszczona, a przy tym ukojona i nawilżona. 
  • Zoil - kolejny olejek Doll Face przeznaczony do olejowania, który pozostawiam na włosach na całą noc. Ten sprawdza się u mnie jednak trochę lepiej niż Loco Coco (u siostry, która ma proste i cienkie włosy odwrotnie). Po składzie wiem dlaczego - olejek awokado robi swoje :D. Zoil to mieszanka w której skład wchodzą: olej z czarnuszki, czosnkowy, kaktusowy, migdałowy, oliwa z oliwek, olejek musztardowy, awokado, jojoba, arganowy, rycynowy, rozmarynowy. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z niektórymi z tych olejów, a jednak moje włosy już po pierwszym użyciu pokochały Zoil. Po żadnym innym olejku - zarówno solo jak i mieszankach nie były tak elastyczne, miękkie i lśniące. Jego zapach w którym najbardziej wyczuwam migdały powala na kolana. Mój absolutny faworyt. 

Produkty do stylizacji:

  • Diamond - jest to spray do stosowania jako odżywka bez spłukiwania. Ma za zadanie dodać włosom blasku i miękkości oraz ułatwić rozczesywanie i spełnia swą rolę znakomicie. Dwie pompki wystarczą aby pokryć całe moje włosy, więc wydajność także na plus. W skład Diamond wchodzą: aloes, olejek rozmarynowy, kokosowy, jojoba, lawendowy, z pestek granatu, z drzewa herbacianego oraz woda różana. 
  • Silk - serum doskonale nadaje się do zabezpieczenia końcówek oraz ujarzmienia puszących się włosów. Składa się z połączenia olejku awokado, lnianego, rycynowego i amli. 
  • Fuego - jest to produkt termoochronny - idealny do zabezpieczenia włosów przed suszeniem bądź prostowaniem. Składa się z mieszanki oleju z pestek winogron, z pestek granatu, arganowego, słonecznikowego, lawendowego, aloesu i wody różanej.


A tutaj efekty po stosowaniu kosmetyków Doll Face:

Za co oprócz świetnego działania doceniłam Doll Face? Opakowania są bardzo poręczne i sama aplikacja dzięki specjalnym dozownikom, które można zamknąć i otworzyć jednym ,,kliknięciem'' jest bardzo prosta i przyjemna. Oprócz tego do każdego produktu jest dołączona szczegółowa instrukcja ze sposobem użycia. Dodatkowo każdy z kosmetyków jest mega wydajny - stosuję je drugi miesiąc i nie zużyłam nawet 1/3 z każdej buteleczki!  Jestem pewna, że zamówię te produkty ponownie. Wam również polecam ich przetestowanie jeśli cenicie sobie naturalną pielęgnacje, która naprawdę daje efekty. Każdy z produktów Doll Face możecie zamówić TUTAJ. 

Pozdrawiam, Karolina

___________________________________________________________________

Hello, my dears ! Today's post is fully devote an amazing , 100% natural and personally produced cosmetics from Canada, which I have the pleasure to use for a long time by Doll Face - @doll.fayse.

Some time ago when I scrolled the Instagram I found account Danielle who publishes pictures of her hair products. She is doing them handmade. Everything is all natural, organic, and made with exotic oils from around the world ! Since a long time I choose the products without SLS , parabens and silicones so I was very happy that I will be able to test these wonders on my requiring hair :)

 Doll Face's products contain: three products for care and three for styling.

Products for hair care:

  • Loco Coco - is a combination of exotic oils imported from all over world and put together in one bottle! It's oil for oiling hair - best overnight. Loco Coco contains: eucalyptus oil, castor oil, mustard, jojoba, linseed, rosemary, thyme, basil, lavender, cedar wood, amla and olive oil. Oil has a remarkable oriental fragrance - are especially noticeable herbs. The consistency is quite thick and just a really small amount for hair to be fully wrapped with oil . I noticed that Coco Loco literally absorbed in my hair that morning, almost can not see , they were oiled ! After a few uses I noticed that the hair is nourished and the glossier what didn't happen in the case of oils, which I bought e.g in supermarkets.
  • Cinnabunz - it won my heart not only the action. As I love cinnamon (coffee without cinnamon for me doesn't exist) already during the first application I loved this unusual product. This is scrub for the scalp, which has the task to clean the scalp and stimulate hair follicles to grow. It consists of freshly grated cinnamon, baking soda, olive oil, apricot kernel oil, eucalyptus oil and aloe vera. I impose it according to the instructions for 15 minutes while doing a 5-minute gentle massage the scalp and then I use a standard care. I noticed that when I lay him to feel a slight tingle :D . After applying the scalp is cleansed, and at the same soothed and moisturised .
  • Zoil - another oil of Doll Face designed for oiling, which I leave on the hair overnight. This works for me a little better than Coco Loco (with my sister, who has straight hair and thin vice versa) . After the composition know why - my hair really loves avocado oil. Zoil is a mixture consisting of: oil with cumin, garlic, cactus, almond oil, olive oil, mustard oil, avocado, jojoba, argan oil, castor oil, rosemary. I had never met with some of these oils, but my hair after the first use Zoil grown to love. After any other oil - both solo and mixtures were not as flexible , soft and shiny. It's scent where the most sense almonds knocks on his knees . My absolute favorite!

Hair styling products:

  • Diamond - it's a spray for use as a leave-in conditioner. It's designed to add shine and softness to hair and detangle stubborn knots. Two pump enough to cover all of my hair, so the performance also a plus. The Diamond include: aloe vera, rosemary oil, coconut, jojoba, lavender , pomegranate seed oil, tea tree and rose water.
  • Silk - is a after shower hair serum. It's ideal for security ends and subjugation struttinghair. It's consists of a combination of avocado oil, linseed, castor oil and amla.
  • Fuego - is's a heat protection spray to use after washing your hair. It's ideal to protect hair before drying or straightening. It consists of a mixture of grape seed oil, pomegranate seed argan, sunflower, lavender, aloe vera and rose water.
Why I fall in love with products of Doll face too? Packaging is very handy and the application itself is very simple and enjoyable. In addition, each product is accompanied by detailed instructions to its usage. Additionally, each of cosmetics is a efficient - I use it for the second month and not even used up 1/3 of each bottle ! I'm sure I order these products again. I recommend you also to test them if you value a natural treatment that really gives results. Each products Doll Face you can order HERE.

Regards, Karolina
   
2016 © Bartosz Nowak (bassistee)