STRONA GŁÓWNA   •    PORADY   •    PRODUKTY   •    MOJE WŁOSY   •    INNE
PRODUKTY |
PORADY |
MOJE WŁOSY |

Kuracja na gorąco z wyciągiem z bursztynu Jantar - efekty.

Dziś przybywam do Was z recenzją nowości od Jantar. Zapewne każda z Was zna tę markę dzięki słynnej wcierce przeciw wypadaniu włosów i przyspieszającej ich porost. Ja także używałam jej przez długi czas i nadal chętnie do niej wracam, bo zawsze daje świetne efekty. Dlatego gdy podczas ostatnich zakupów w drogerii natknęłam się na kurację na gorąco z wyciągiem z bursztynu tej właśnie marki bez zastanowienia wrzuciłam ją do swojego koszyka. Po powrocie do domu od razu wzięłam się do testów. Jakie były moje odczucia i efekty po jej użyciu? Tego dowiecie się w dalszej części postu.

























Zestaw składa się z: regenerującej maski olejowej, szamponu nawilżającego, balsamu wygładzającego oraz foliowego czepka. To wszystko znajdziemy w kartonowym pudełeczku o charakterystycznej ,,bursztynowej'' szacie graficznej.

Biorąc pod uwagę skład każdej saszetki widać, że to dobry produkt. Producent zapewnia także, że 87% składników jest naturalne i że kuracja nie zawiera olejów mineralnych, barwników ani alkoholu.
Największe nadzieje wiązałam z regenerującą maską, ponieważ mamy tutaj : olej awokado (moje włosy go kochają), olej kokosowy, glicerynę, jedwab, olej jojoba, olej arganowy, mocznik i ekstrakt z bursztynu. Dodatkowo dzięki aplikacji ciepłej maski, łuski włosa otwierają się czerpiąc całą moc z dobroczynnych składników.  Szampon nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym - SLS zaraz po wodzie, więc do delikatnych nie należy, ale to pewnie po to aby dokładnie zmyć oleje. Dalej w jego składzie znajduje się mocznik, ekstrakt z bursztynu, inulina, pantenol oraz kolagen. Balsam zawiera za to emolienty, glicerynę, wyciąg ze skrzypu polnego i innych ziół, inulinę, keratynę, proteiny pszenicy i mocznik. Skład tej kuracji jest więc dosyć bogaty i w pełni pomaga zachować w pielęgnacji równowagę proteinowo- emolientowo-humektantową.

Sposób użycia

  • Podgrzaną wcześniej w gorącej wodzie zawartość saszetki z maską olejową nałożyłam na suche włosy, założyłam czepek i ciepłą wełnianą czapkę i pozostawiłam tak na pół godziny.
  • Umyłam włosy szamponem nawilżającym - już wtedy włosy przy spłukiwaniu były śliskie i lejące.
  • Nałożyłam balsam wygładzający i metodą ,,wprasowywania'' rozprowadziłam po włosach i po chwili spłukałam, Producent informuje, że jeśli włosy są mocno przesuszone i potrzebują intensywnej regeneracji to warto pozostawić balsam bez spłukiwania.

Efekty 


Moje włosy ostatnio stały się bardziej przesuszone i trudno było mi je ułożyć, Miałam ogromną nadzieję, że po tej kuracji trochę odżyją i wreszcie skończą się moje ,,bad hair days''. Jak wyżej pisałam - już przy spłukiwaniu i zmywaniu maski olejowej włosy były gładkie i śliskie a to bardzo dobry znak. Po użyciu balsamu pozwoliłam im naturalnie wyschnąć ugniatając je tylko głową w dół. Na końcówki nałożyłam moje ukochane serum z Biovax z witaminą A i E. Akurat w ten dzień postanowiłam zrobić sobie kilka zdjęć więc efekty możecie ocenić sami:




Jak widać włosy są odpowiednio dociążone, nie spuszyły się i całkiem ładnie ułożyły bez żadnych wspomagaczy. Jestem jak najbardziej zadowolona z efektów po tej kuracji i na pewno będę do niej wracać w ,,kryzysach włosowych''. Polecam każdej z Was ją przetestować! 

Pozdrawiam, Karolina

Maść końska na porost i zagęszczenie włosów, czyli czego to włosomaniaczki nie wymyślą...

Hej, kochane! Witam Was pierwszym postem w tym roku. Długo przymierzałam się do jego napisania, bo temat jest nieco kontrowersyjny i nie byłam pewna czy jest godny uwagi i zostanie dobrze odebrany. Jednak efekty mówią same za siebie i po prostu muszę się z Wami podzielić sposobem na największy przyrost włosów jaki udało mi się osiągnąć od początku mojej przygody z włosomaniactwem. Sprawczynią całego tego zamieszania jest... maść końska powszechnie stosowana na bóle mięśni i stawów. Moje testowanie trwało dwa miesiące, w tym robiłam miesięczne przerwy na stosowanie innych wcierek, jednak żadna nie dała takich efektów jak ta ,,końska'' dawka ziół.



Skąd w ogóle tak szalony pomysł na wcieranie maści końskiej w skalp? Ponad rok temu natrafiłam na taki temat na forum wizaż i byłam w niezłym szoku gdy zaczęłam czytać ile dziewczyn odważyło się na taki eksperyment. Szybko uznałam, że to wariatki i w życiu nie odważyłabym się nakładać maści o takim przeznaczeniu na moją delikatną skórę głowy. Szybko zapomniałam o temacie jednak co jakiś natrafiłam na kolejne historie zadowolonych dziewczyn, którym udało się dzięki niej uzyskać nawet 5 cm przyrostu w miesiąc, a do tego mnóstwo baby hair'ów. Dodatkowo ta jedna konkretna i polecana przez dziewczyny maść marki Herbamedicus, którą można kupić nawet w Biedronce, nie powodowała żadnych skutków ubocznych. Coraz bardziej zagłębiałam się w temat i przyznam, że perspektywa tylu dodatkowych centymetrów była naprawdę kusząca jednak zdrowy rozsądek nadal brał górę. Przez długi czas stosowałam różne wcierki - zarówno sklepowe jak i te robione w domowym zaciszu (np. z kozieradki) jednak zaczęły wyczerpywać mi się pomysły i któregoś dnia postanowiłam, że zaryzykuję, a nawet jeśli maść się nie sprawdzi to będę jej używać na potreningowe bóle mięśni.

Ja osobiście postawiłam na wersję chłodzącą gdyż wyczytałam, że efekty są porównywalne do tej rozgrzewającej, a jakoś tą drugą mimo wszystko bałabym się nałożyć na głowę. Swoją maść udało mi się upolować w promocji za około 15 zł i myślę, że wystarczy mi spokojnie na jeszcze dwa kolejne miesiące intensywnej kuracji.

Po pierwsze i najważniejsze - próba uczuleniowa!


Przy stosowaniu produktu, który zawiera tak dużą ilość aktywnych składników (25 ziół!) wykonanie kilkukrotnej próby uczuleniowej jest niezbędne i bez tego nie powinnyśmy nawet pomyśleć o tym aby nałożyć ją bezpośrednio na skalp. Nigdy nie wiemy, czy któryś ze składników w maści nie wywoła u nas silnej reakcji alergicznej! Ja wykonałam łącznie 3 próby - pierwszą na zgięciu kolana i łokcia, drugą za uchem a trzecią na małym fragmencie skóry głowy. Po 24 godzinach nie wystąpiły żadne niepożądane reakcje, jak np. pieczenie i swędzenie czy zaczerwienienia. Czułam jedynie przyjemny chłodek i mrowienie, więc uznałam, że czas przejść do właściwego testowania.

Ile i jak nakładać maść na skalp?


Wyczytałam, że na początku najlepiej jest rozcieńczać maść z wodą, gdyż ułatwia to aplikację, a dodatkowo zmniejsza ryzyko podrażnienia oraz nie przyzwyczaja skalpu od razu do największej dawki. U mnie była to 1 łyżeczka maści na 4 łyżeczki wody, które mieszałam na zwykłym talerzyku a następnie nakładałam opuszkami palców na skalp jednocześnie robiąc przedziałki. Początkowo próbowałam nakładać maść pipetą lub za pomocą buteleczki z atomizerem jednak jej konsystencja jest tak gęsta, że szło to dosyć opornie i tradycyjne wcieranie okazało się tu najlepszym sposobem. 
Zawsze nakładałam maść na 30 minut przed każdym myciem (zwykle 3 razy w tygodniu), z czasem zwiększałam czas do godziny, a nawet dwóch i dodawałam coraz mniej wody . Bardzo zdziwiło mnie to, że mimo że maść końska zawiera dosyć wysoko w składzie alkohol, który ułatwia wnikanie aktywnych składników, to w żaden sposób nie podrażniło to mojego wrażliwego skalpu, w przeciwieństwie do wielu drogeryjnych wcierek. Wprost przeciwnie - moja skóra głowy już dawno nie była tak ukojona i nawilżona. Paradoksalnie okazało się więc, że coś co ma zupełnie inne zastosowanie zadziałało na moją skórę głowy o wiele lepiej niż produkty specjalnie do tego przeznaczone. Pokazuje to tylko, że nie zawsze trzeba koniecznie sugerować się tym, co jest napisane na opakowaniu, a raczej patrzeć przede wszystkim na skład.

Efekty po miesiącu stosowania


Widoczne efekty pojawiły się już po 2 tygodniach stosowania, bo odrost powoli zaczął się rzucać w oczy, jednak dopiero po miesiącu byłam naprawdę zdumiona, bo gdy go zmierzyłam wynosił 3,5 cm! Dla mnie to naprawdę sporo biorąc pod uwagę, że włosy od zawsze rosły mi baaardzo opornie. Dodatkowo efekty jakie zauważyłam to mnóstwo nowych małych przyjaciół - mowa tu oczywiście o baby hair, które aktualnie sterczą mi na czubku głowy jak małe antenki. Zauważyłam także zmniejszone przetłuszczanie i gdybym chciała mogłabym myć włosy dwa razy w tygodniu. Co do wypadania to u mnie ani się nie zmniejszyło ani nie wzmożyło, co akurat jest plusem, bo najbardziej bałam się tego, że włosy zaczną mi wypadać na potęgę. 

Na załączonych zdjęciach widać jaki odrost udało mi się wyhodować od 3 do 26 listopada oraz różnicę w długości:
























I jeszcze dwa zdjęcia - jedno w kręconych gdzie widać, że odrost jest minimalny, a na drugim osiągnął już poziom krytyczny i jeszcze w tym samym dniu ufarbowałam włosy:



Mimo mojego początkowo sceptycznego nastawienia okazało się, że najbardziej wydawać by się mogło absurdalne pomysły są najlepsze. Jestem zachwycona działaniem tej maści na moje włosy i na pewno będę co jakiś czas powtarzać kurację, bo powoli zbliżam się dzięki temu do osiągnięcia swojej wymarzonej długości. Być może osiągnięcie jej będzie moim jedynym pewnym do zrealizowania postanowieniem na ten nowy rok :D

Pozdrawiam, Karolina

Jak mieć zadbane dłonie i paznokcie? Moje sposoby.

Jak powszechnie wiadomo - dłonie są wizytówką każdego człowieka. Niestety zarówno czynniki atmosferyczne jak i silne detergenty doprowadzają do ich przesuszenia, łuszczenia a nawet pękania delikatnego na nich naskórka. Dziś wpis o tym jak należy o nie dbać aby stały się naszym atutem, a w późniejszym czasie nie zdradzały naszego wieku. Jeśli jesteście ciekawe czego używam i jakie mam dla Was rady na ten temat to zapraszam do dalszej lektury.




Nawilżanie skóry i odżywianie paznokci  



Aby nasze dłonie prezentowały się jak najlepiej niezbędne jest ich regularne nawilżanie. Bez kremów, szczególnie teraz, gdy temperatura za oknami jest coraz niższa, mogą stać się przesuszone i szorstkie. Dlatego ja staram się kremować je codziennie - w ciągu dnia lżejszym i szybciej wchłaniającym się kremem, a przed spaniem wsmarowuję w nie coś bardziej odżywczego. Przyznam szczerze, że kiedyś stosowałam do tego co wpadło mi w ręce i efekty były różne - mam bardzo wrażliwą skórę i często miałam wrażenie, że typowe drogeryjne kremy nie robią z moimi dłońmi nic, a czasem nawet pogarszały ich stan. Aktualnie mam swoich dwóch ulubieńców dzięki którym skóra moich dłoni jest idealnie nawilżona i gładka.





























  • Krem Instant Help od Evree - jest oparty na łagodzących i naprawczych składnikach przez co działa na skórę niczym kojący opatrunek. Kiedy tylko czuję, że moje dłonie stają się przesuszone od zimna i wiatru to wsmarowanie tego cuda załatwia sprawę. Krem zawiera takie składniki aktywne jak: gliceryna, masło mango, tlenek cynku i alantoina. Świetnie się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu dzięki czemu sprawdzi się w dzień. Dłonie po jego użyciu szybko stają się aksamitnie gładkie. Jest bardzo wydajny i ma praktycznie opakowanie dzięki czemu spokojnie zmieści się w każdej damskiej torebce.
  • Intensywnie pielęgnujący krem do rąk od GoCranberry - jest to zdecydowanie miłość od pierwszego użycia. Ma cudowny subtelny żurawinowy zapach i gęstą, oleistą konsystencję, która jednak bardzo szybko się wchłania. Ten krem stosuję zazwyczaj zaraz przed pójściem spać, bo ma w sobie tyle aktywnych składników (ekstrakt z owoców żurawiny, witamina E, olej ze słodkich migdałów, olej z pestek moreli, czysta lanolina, masło arganowe i masło Shea). Tak bogaty skład sprawia, że ulga po jego zastosowaniu jest natychmiastowa, a przy regularnym stosowaniu korzystają nie tylko dłonie, ale i paznokcie skórki wokół nich. Dłonie są zregenerowane i miękkie, a paznokcie wyraźnie wzmocnione. Od kiedy go używam ich olejowanie (o tym poniżej) na noc stało się w zasadzie zbędne. 


Jeśli chodzi o odżywki do paznokci to ich stosowanie może przynieść albo cudowne efekty w postaci długich i mocnych pazurków lub doprowadzić do groźnej i opłakanej w skutkach choroby więc należy przestrzegać instrukcji użycia i zaleceń producenta w razie wystąpienia reakcji alergicznej, Niestety wiele dziewczyn o tym zapomina i potem dany produkt ma taką opinię a nie inną. Założę się, że większość z Was testowała i na sobie odżywkę Eveline 8w1, która od kilku lat przez jedne jest kochana, a przez drugie znienawidzona. Ja na szczęście należę do tego pierwszego grona i szczerze mogę przyznać, że bez jej stosowania moje paznokcie ciągle się łamały, rozdwajały i były cienkie jak papier. Nigdy nie miałam dłuższych paznokci jak w trakcie kuracji nią. Teraz stosuję ją jedynie w przerwach od hybryd i również się sprawdza. Jak już pisałam - kluczowe w jej stosowaniu jest przestrzeganie zaleceń w nakładaniu kolejnych warstw i robienie przerw od jej używania, a gdy tylko poczujemy, że coś nas piecze lub boli to zmycie jej w trybie natychmiastowym, a nie trzymanie ,,bo może tak ma być''! Tak naprawdę u każdej z nas może wystąpić reakcja alergiczna na formaldehyd w jej składzie i to niekoniecznie po pierwszym użyciu, więc wszystko róbmy z głową. 

Jeśli jednak z różnych powodów  jesteście przeciwniczkami Eveline to mogę polecić Wam odżywkę Golden Rose Black Diamond Hardener, którą chwali sobie całkiem spore grono dziewczyn (w tym sama RedLipstickMonster). Producent zapewnia, że: ,,Dzięki cząsteczkom czarnego diamentu zapewnia paznokciom większą twardość i wytrzymałość. Zawiera podwójną ilość mikro cząsteczek diamentu oraz składników utwardzających. Tworzy na powierzchni paznokcia twardą i błyszcząca powłokę zapewniając tym samym trwałe wzmocnienie cienkich, słabych i łamliwych paznokci.'' Dodatkowo produkt ten pozbawiony jest formaldehydu, toluenu oraz DBP. Ma także świetne zastosowanie jako baza pod zwykły lakier, dzięki czemu przedłuża jego trwałość. U mnie nie pobił działania Eveline, ale wiem, że sprawdza się genialnie u każdej dziewczyny, u której to właśnie Eveline się nie sprawdziło. 

Kawowy peeling dłoni i olejowanie paznokci




Oprócz typowo sklepowych produktów warto także wprowadzić do pielęgnacji swoich dłoni regularne peelingi oraz olejowanie paznokci, które zdobywa coraz większą popularność. Potrzebne do tych zabiegów specyfiki możemy stworzyć same w domowym zaciszu. Moim ulubionym peelingiem jest ten znany już chyba każdej z Was peeling kawowy, który tworzę ze świeżo zmielonej kawy, cynamonu i oliwy z oliwek. Jest on niezastąpiony i żaden kupny peeling nie może się z nim równać. Peelinguję nim całe ciało jak i dłonie przez co skóra jest idealnie gładka i nawilżona. Dodatkowo kofeina zawarta w kawie pozwala zwalczać cellulit więc jeśli któraś z Was jeszcze go nie testowała to naprawdę polecam!
Olejowanie paznokci wprowadziłam za to do swojej pielęgnacji stosunkowo niedawno, ale już widzę efekty w kondycji zarówno paznokci jak i skórek. Paznokcie stały się znacznie twardsze, mniej się łamią i nareszcie pozbyłam się ,,zadziorów'' w postaci suchych skórek z którymi od zawsze mam problem. Ja zwykle wsmarowuję własnoręcznie przygotowaną mieszankę olejków (oliwa z oliwek, olejek rycynowy i z awokado) zaraz przed spaniem w skórki i macierz paznokci. Jeśli paznokcie są jednak bardzo zniszczone to warto to robić chociaż 2-3 razy dziennie. Efekty są bardzo szybko zauważalne, a sam sposób w pełni naturalny i ekonomiczny tak wiec polecam wypróbować na swoich pazurkach.

Kilka przydatnych rad

  • Zmiana mydła na delikatniejsze - częste mycie rąk mydłem z silnymi detergentami może znacznie je przesuszyć dlatego szczególnie teraz, gdy dodatkowo zaczynają się mrozy, zmienić mydło na take, które dodatkowo nie będzie nam szkodziło, np. mydło różane Barwa czy oliwkowe z Alterry.
  • Noszenie rękawiczek - zarówno tych ciepłych zanim wychodzisz na zewnątrz (u mnie to już teraz niezbędny dodatek do każdej stylizacji, gdyż mam bardzo wrażliwe dłonie) jak i te lateksowe podczas mycia naczyń czy sprzątania. Nawet najlepsze kremy czy olejki na nic się zdadzą jeśli nasza skóra będzie miała kontakt z silną chemią.
  • Natłuszczanie i nawilżanie zaraz po umyciu - wtedy substancje aktywne wnikają w naszą skórę najlepiej, a ona sama nie zdąży się ściągnąć i przesuszyć po wyschnięciu.
  • Krem w torebce - warto jest zawsze mieć go przy sobie i regularnie stosować w ciągu dnia gdy poczujemy, że nasza skóra zaczyna się przesuszać.
  • Domowe SPA - funduj je swoim dłoniom raz w tygodniu, a zobaczysz jak szybko poprawi się ich stan.
  • Witaminy i minerały - ich dostarczanie jest niezbędne jeśli chcemy cieszyć się nie tylko zdrową skórą, ale i mocnymi paznokciami i włosami oraz ogólnym stanem naszego zdrowia. Najłatwiej jest je uzupełniać dbając o to aby w naszej diecie było dużo wartościowych posiłków,bogatych w warzywa i owoce. Inny sposób to suplementy - szczególnie polecam tu biotynę (ja stosuję Biotebal) czy też ważne w tym okresie roku uzupełnianie witaminy D+K.

Systematyczność w stosowaniu produktów nawilżających z pewnością poprawi stan skóry i paznokci, więc warto zainteresować się tym tematem i dbać o nasze dłonie, a szczególnie teraz gdy są narażone na niską temperaturę. 

Farbowanie henną Swati + nowe triki w hennowaniu

Wiele z Was często zadaje mi pytania związane z hennowaniem, a sam mój wpis na ten temat jest jedynym z najpopularniejszych na blogu. Uznałam więc, że może Was zainteresować fakt, że pierwszy raz zdradziłam hennę Khadi, której używałam od półorej roku. Skąd taka decyzja i czy efekt zachwycił mnie na tyle, że pozostanę przy nowym odkryciu? O tym dowiecie się w dalszej części.















































Może zacznę od tego dlaczego zawsze wybierałam indyjską hennę marki Khadi. Zdecydowałam się
na nią gdyż zwyczajnie jest najpopularniejsza i sięga po nią najwięcej dziewczyn stąd wiele opinii na niej temat i nie bałam się jej użyć. Jednak teraz po pierwszym hennowaniu za pomocą Swati poważnie zastanawiam się dlaczego wcześniej nie zaczęłam szukać jakiejś alternatywny i dziękuję Monice prowadzącej włosową serię dla rudych włosów, bo to właśnie przez jeden z jej wpisów zdecydowałam się na ten eksperyment.

Po pierwsze i najważniejsze - cena obu tych ziołowych farb jest podobna, jednak opakowanie Swati zawiera 50 gram henny więcej, co przy regularnym stosowaniu pozwala nam zaoszczędzić, bo zawsze jesteśmy jedno hennowanie do przodu. Po drugie zauważyłam, że Swati ma mniej intensywny zapach i krócej utrzymuje się on na włosach, co może być wielkim plusem dla dziewczyn, które go nie znoszą. Po trzecie - mam wrażenie, że Swati o wiele lepiej i szybciej się rozrabia mimo, że obie henny są tak samo drobno zmielone i nie wiem z czego to wynika. No i ostatnie, choć już mniej ważne, henna Swati zamknięta jest w metalowej puszcze z eleganckim wzorem, a że jestem estetką to i pod tym względem wygrywa z Khadi.



Pierwszy raz zdecydowałam się także na połączenie dwóch henn - wybrałam standardową naturalną hennę z dodatkiem amli, a także bezbarwną cassię, która miała za zadanie stworzyć bardziej złotawy odcień. Podczas przygotowywania henny zastosowałam także kilka nowych trików:

  • Zamiast wody użyłam rumianku - jak wiadomo rumianek ma właściwości rozjaśniające, więc pierwszy raz zamiast wody rozrobiłam hennę z mocnym naparem (3 torebki na ok. 400 ml wody) rumianku. Ma to na celu rozjaśnić kolor, który otrzymamy po farbowaniu.
  • Nie odstawiłam henny po jej przygotowaniu - dowiedziałam się, że jeśli nie odstawimy henny w celu utlenienia to kolor ma szansę wyjść bardziej rudy niż czerwony więc postanowiłam spróbować.
  • Umycie włosów po hennowaniu - jest to trik, który należy zastosować jedynie jeśli po zmyciu kolor jest dla nas satysfakcjonujący i nie chcemy aby ściemniał podczas dalszego utleniania. Mi zależy na jak najbardziej rudym odcieniu, nie wpadającym w kasztan, więc po zmyciu henny od razu umyłam włosy delikatnym szamponem i nałożyłam odżywkę.

Oprócz wyżej wymienionych zmian wprowadziłam także kilka dodatków i cała mieszanka zawierała:

50 gram czystej henny z dodatkiem amli
50 gram neutralnej henny, czyli tzw. cassi 
napar z 3 torebek rumianku - około 400 ml
2 łyżki miodu
po łyżeczce - cynamon, imbir, kurkuma 



Miód również, jak rumianek, ma właściwości rozjaśniające a także blokuje dalszy rozwój barwnika dzięki czemu kolor nie ciemnieje. Oprócz tego ma działanie odżywcze i nawilżające, co nieco pomaga pokonać tzw. ,,pohennowy przesusz'' spowodowany dużą dawką ziół.

Jeśli chodzi o przyprawy to cynamon nie jest tu niczym nowym, bo zawsze dodawałam go do henny, jednak pierwszy raz zdecydowałam się także na dodatek imbiru i kurkumy. Mają one za zadanie stworzyć delikatne złote refleksy. Oprócz tego przyprawy te skutecznie neutralizują ,,siankowaty'' zapach henny. Moje włosy po dwóch dniach nadal pachniały cynamonem, a że uwielbiam ten zapach to teraz na pewno już nie zapomnę o jego dodatku do henny.

Standardowo całą (jeszcze ciepłą!) przygotowaną mieszankę nałożyłam na wilgotne, umyte dwukrotnie oczyszczającym szamponem włosy. Trzymałam przez 2,5 godziny, podgrzewając na początku suszarką z gorącym nawiewem. Po tym czasie hennę spłukałam i umyłam płynem Facelle.

Efekty - przed i po hennowaniu




























Celowo zdecydowałam się na wyprostowanie włosów przed i po hennowaniu abyście mogły zobaczyć różnicę  gdyż jak zauważyłam gdy mam je pokręcone to trudniej to dostrzec. Myślę, że różnica w kolorze jest  zauważalna (oba zdjęcia robione w świetle dziennym, bez żadnych filtrów). Wcześniej nie sądziłam, że uda mi się wrócić do jasnych, złocistych rudości, a jednak triki zadziałały. 

Według mnie efekt jaki daje Khadi i Swati jest niemal identyczny, więc z racji tych 50 gram więcej na pewno na stałe przerzucę się już na Swati. Swoją drogą to ostatnio prostowałam włosy ponad dwa miesiące temu i nie miałam pojęcia, że aż tak urosły. Niedługo pojawi się tu wpis o dosyć kontrowersyjnym produkcie przyspieszającym porost, dzięki któremu moje włosy w miesiąc urosły o prawie 3 cm! - także wyczekujcie.

Pozdrawiam, Karolina

Jak radzić sobie z ŁZS? Aktualna pielęgnacja mojej problematycznej cery

Ze względu na to, że kilkukrotnie byłam przez Was pytana o pielęgnacje mojej twarzy postanowiłam w końcu stworzyć o tym oddzielny wpis. Jest to dla mnie dosyć trudny temat gdyż w okresie dorastania stan mojej cery był okropny, a wszystko to za sprawą łojotokowego zapalenia skóry z którym niestety zmagam się aż do tej pory...



Co to właściwie jest ŁZS?


Łojotokowe zapalenie skóry jest to forma przewlekłego stanu zapalnego skóry, które przejawia się łuszczeniem i zaczerwienieniem skóry w niektórych obszarach twarzy. Zmiany łojotokowe są widoczne w okolicy ust, brody, brwi oraz skrzydełek nosa. Prawdziwa przyczyna łojotokowych zmian skórnych jest mało znana.

Z ŁZK zmagam się mniej więcej od gimnazjum kiedy to plamy były naprawdę widoczne i skóra łuszczyła się bardzo mocno. Pierwsza wizyta u dermatologa nie tylko nic nie dała, ale i pogorszyła sprawę. Do tej pory pamiętam jak wstydziłam się chodzić do szkoły. Na szczęście w końcu trafiłam na panią dermatolog, która znała się na rzeczy i po długiej i ciężkiej dla mnie kuracji udało mi się wygrać z tą chorobą. Najgorszy był dla mnie okres początkowy gdy wystąpił tzw. ,,wysyp'' i wszyscy wokół pytali co mi się stało... Później na szczęście było już tylko lepiej, ale niestety ta choroba skóry ma tendencję do nawrotów i chcąc nie chcąc zmagam się z nią do dziś.























Pielęgnacja mojej problematycznej cery jest dosyć złożona i muszę uważać na produkty, które stosuję. Staram się wybierać kosmetyki naturalne i hypoalergiczne, które dobrze odżywią i nawilżą a jednocześnie nie podrażnią. Mam cerę mieszaną z tłustą strefą T i przesuszającymi się policzkami, a do tego często pojawiają się na niej jakieś niespodzianki. Jeśli chodzi o cały ,,rytuał'' krok po kroku to opisałam to szczegółowo w poście na temat koreańskiej pielęgnacji. Dziś skupię się na produktach, których używam.

Oczyszczanie 
























Jako, że od kilku miesięcy przedłużam rzęsy to staram się unikać tłustych formuł, które mogłyby rozpuścić klej. Demakijaż wykonuję więc tylko i wyłącznie płynami micelarnymi przeznaczonymi do skóry wrażliwej. Od dłuższego czasu moim faworytem był Garnier 3w1, który bez większego trudu radzi sobie ze zmyciem całego makijażu i nie powoduje u mnie szczypania czy ściągnięcia skóry. Ostatnio jednak moje serce zdobył lipowy płyn micelarny mojej ulubionej marki SYLVECO - ma cudowny zapach, bez problemu w kilka sekund rozpuszcza makijaż oczu, a do tego mam wrażenie, że delikatnie nawilża skórę, czego nigdy nie oczekiwałam od płynu do demakijażu.

















Do mycia twarzy używam naprzemiennie emulsji micelarnej Cetaphil polecanej przez większość dermatologów, oraz tymiankowego żelu SYLVECO, który genialnie oczyszcza i koi podrażnienia. Do mycia twarzy stosuję soniczną szczoteczkę FOREO bez której nie wyobrażam już sobie oczyszczania.





















Jeśli chodzi o złuszczanie to jest ono bardzo ważnie w mojej ,,przypadłości'', ale muszę uważać by zbytnio nie podrażnić skóry, więc jakiś czas temu zdecydowałam się w końcu na peeling enzymatyczny. Peeling SYLVECO delikatnie, ale skutecznie rozpuszcza martwe, zrogowaciałe komórki, wygładza i poprawia strukturę skóry, ujednolica koloryt cery. Jest bardzo delikatny i szczególnie poleca się go do cery naczynkowej, wrażliwej i suchej, bo nie zawiera drobinek ścierających i nie powoduje mechanicznych podrażnień skóry, a złuszczanie martwych warstw naskórka następuje poprzez wpływ enzymów roślinnych. Idealny dla osób, które nie tolerują zabiegów mechanicznych lub eksfoliacji kwasami.  Zastąpił on mojego dotychczasowego faworyta, czyli pastę oczyszczającą z liściami manuka od Ziaji, która ma jednak dosyć duże drobinki i teraz stosuję go tylko jeśli zależy mi na mocnym oczyszczeniu przed nałożeniem maseczki.

Tonizacja i odżywianie
























Zanim w moje ręce trafiła książka ,,Sekrety urody Koreanek'' nie miałam pojęcia jak ważna jest tonizacja naszej skóry po umyciu czy stosowanie serum przed nałożeniem kremu. Teraz oba te produkty uważam za niezbędny element mojej pielęgnacji. Tonik ma za zadanie regulować wskaźnik pH naszej skóry, co jest bardzo ważne jeśli nie chcemy doprowadzić do powstawania podrażnień i wyprysków. Dodatkowo przygotowuje naszą skórę na przyjęcie składników odżywczych. Moim ulubieńcem w tej kwestii jest tonik ogórek marki Ziaja. Cera jest po nim odświeżona, ale nie ściągnięta, a co najważniejsze nie zawiera alkoholu w składzie. 

Serum na które ostatnio się zdecydowałam to aktywne serum korygujące Bielenda. Ma w składzie kwas migdałowy, który moja skóra uwielbia i często wybieram kosmetyki oparte właśnie na nim oparte. Super Power Mezo Serum jest przeznaczone do cery mieszanej i tłustej z niedoskonałościami i rozszerzonymi porami. Jest niekwestionowanym hitem internetowych rankingów i sama nie mogę już doczekać efektów po miesięcznej kuracji, gdyż wtedy  podobno dopiero naprawdę widać realne efekty. 

Czego możemy spodziewać się po tym produkcie?
  •  wyraźnego zredukowania zaskórników, niedoskonałości 
  •  zmniejszonej ilości wydzielanego przez skórę sebum
  • rozjaśnienia przebarwień potrądzikowych
  • lekkiego spłycenia porów
  • przyśpieszenia gojenia jeśli coś nam wyskoczy
  •  większego napięcia skóry

Nawilżanie 
























Regularne nawilżanie to moja codzienna rutyna, gdyż bez tego moja skóra szybko się przesusza i łuszczy. Na te partie, które są objęte ŁZS nakładam specjalnie przeznaczony do nich krem La Roche Posay KERIUM DS. Dzięki kremowi zaczerwienienia i łuszczenia są zneutralizowane, skóra odzyskuje komfort i jest ukojona. Naturalna bariera ochronna skóry zostaje wzmocniona. Po miesięcznym stosowaniu widzę znaczną poprawę i jestem bardzo zadowolona z działania tego kremu.  Na pozostałe partie, tj, policzki, czoło i szyję nakładam zaś ulubiony krem nawilżający Vianek, który świetnie sprawdza się jako baza pod makijaż - szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu. Nawilża, ale nie zapycha, a właśnie tego wymagam od kremu na dzień.























Przy mojej skłonnej do przetłuszczania się się cerze trudno było mi znaleźć krem na noc, który dobrze ją odżywi i nawilży, a przy tym nie zapcha porów. Zwykle budziłam się z bardzo świecącą twarzą i czułam, że krem niedostatecznie się wchłoną, a jedynie pozostawił tzw. ,,film''. Wszystko zmieniło się odkąd zaczęłam używać kremu Baikal nocny detox dla skóry tłustej i mieszanej. To nietłusty krem o lekkiej konsystencji, który pomaga uwolnić skórę z toksyn, nadaje jej świeży wygląd i zapewnia głębokie nawilżenie. Na początku obawiałam się, że może jednak zbyt lekki na noc. Nic bardziej mylnego - krem nadaje wspaniałej świeżości, koi i nawilża. Już po pierwszy użyciu gdy wstałam rano i spojrzałam w lustro byłam w lekkim szoku, bo cera w końcu nie była tłusta, a za to wydawała się bardzo wypoczęta. Aktualnie to mój numer 1 jeśli chodzi o kremy na noc.

W jego skład wchodzą:

  • Swertia bajkalska (niebielistka) - przywraca naturalną równowagę skóry, ściąga pory i zapobiega "świeceniu" się skóry.
  • Uczep trójlistny - ma działanie uspokajające, eliminuje podrażnienia i zaczerwienienia skóry.
  • Malwa niebieska - odżywia skórę w witaminy A, B i C, pomaga usunąć toksyny.
  • Organiczny ekstrakt z białej herbaty -działa pobudzająco i regenerująco na skórę. Wykazuje działanie przeciwstarzeniowe.
  • Organiczny ekstrakt z nagietka -  zapobiega nadmiernemu wyparowywaniu wody z powierzchni skóry, zmiękcza i wygładza powierzchnię naskórka. Ma działanie przeciwzapalne, ściągające, nawilżające, a także przyspiesza regenerację naskórka.
  • Glinka - ma właściwości absorbowania nadmiaru łoju, zamyka pory, działa ściągająco.























Nie wyobrażam sobie mojej pielęgnacji bez nałożenia kremu pod oczy zarówno rano jak i na noc. Mam skłonności do tzw. worków i opuchlizny z rana i świetnie radzą sobie z nią zarówno nawilżający krem Vianek jak i ten łagodzący od SYLVECO. Oba kremy mają lekką konsystencję, dzięki czemu szybko się wchłaniają. Po ich nałożeniu moje poranne worki są mniej widoczne, a delikatna skóra wokół oczu nawilżona i sprężysta. Również korektor i puder utrzymuje się dłużej na swoim miejscu i nie roluje się. Po moich obserwacjach mogę stwierdzić, że oba te kremy działają bardzo podobnie i trudno mi tu wyłonić faworyta.

Na noc zawsze wklepuję w skórę wokół oczu coś bardziej treściwego i z gęstszą formułą i ostatnio jest to krem pod oczy Resibio, który ma za zadanie zniwelować cienie i obrzęki, rozświetlić spojrzenie oraz zapobiegać powstawaniu zmarszczek poprzez poprawę mikrokrążenia. Krem ten zawiera aż 15 składników, które wpływają na odpowiedni poziom nawilżenia skóry, m.in. olej arganowy, sezamowy czy wyciąg z korzenia rabarbaru.  Producent pisze również, że: ,, Krem pod oczy Resibo redukuje cienie i obrzęki poprzez usprawnienie krążenia - dzięki wyciągowi z ruszczyka kolczastego i kofeinie. Natomiast ekstrakt ze skórki cytrynowej ma działanie udrażniające i przeciwobrzękowe – wzmacnia naczynia krwionośne i wspomaga ich przepuszczalność.'' Cały skład jest oparty na naturalnych i wegańskich składnikach. Dodatkowo uwagę przyciąga piękne opakowanie i nieziemski zapach w którym zakochałam się od pierwszego użycia. Sądzę, że polubimy się z tym kremem.

A wy jak dbacie o swoją skórę? Macie swoich ulubieńców?




Dlaczego zdecydowałam się na farbowanie chemiczne? Plusy i minusy farbowania henną

Jak pewnie większość moich stałych czytelniczek wie, od prawie dwóch lat farbuję włosy tylko i wyłącznie naturalną henną. Nadal twierdzę, że jest to najlepsze co mogłam zrobić dla moich włosów i nie wyobrażam sobie powrotu do chemicznych farb, szczególnie, że po długim namyśle w ostatnim czasie zdecydowałam się jednak na koloryzowanie włosów farbą fryzjerską... Jeśli zastanawiacie się jaki był tego cel skoro henna jest według mnie taka wspaniała to zapraszam do dalszej części wpisu :-)






















Jeśli nigdy wcześniej nie słyszałyście o hennowaniu to z tego miejsca odsyłam Was do tego wpisu, gdzie wyjaśniłam czym jest henna i jak wygląda farbowanie nią włosów krok po kroku. Choć post ten napisałam w marcu zeszłego roku to moje zdanie co do henny niewiele się zmieniło. Ziołowe farbowanie zdecydowanie pomogło mi w walce o zdrowe włosy - stały się mocniejsze, grubsze i lśniące, a kolor uzyskany po hennowaniu nie może się równać z żadną chemiczną farbą. Jest bowiem trójwymiarowy i wiele osób nadal pyta mnie czy to mój naturalny kolor. Do tego jest bardzo trwały, czego na pewno nie można powiedzieć o wszelkich rudych farbach z drogerii. Po tym czasie śmiało mogę stwierdzić, że henna ma bardzo pozytywny wpływ na moje włosy i nie zamierzam z niej rezygnować, choć ma też kilka znaczących minusów, o których chcę Was uświadomić zanim zdecydujecie się po nią sięgnąć.


Minusy farbowania henną 


  • Przygotowanie i nakładanie - o ile z rozrobieniem samej henny nie powinnyśmy mieć większych problemów (choć i to jest trudniejsze niż zwykłe zmieszanie farby z utleniaczem) to dla nowicujeszek nałożenie takiej zielonej papki może okazać się nie lada wyczynem. Warto przy pierwszych hennowaniach mieć kogoś do pomocy jeśli nie chce się aby całe pomieszczenie było upaćkane zieloną breją...
  • Długi czas farbowania - to prawda, że hennowanie nie jest stworzone dla niecierpliwców bowiem czym dłużej trzyma się ją na włosach tym lepiej. U mnie są to 3-4 godziny, w zależności ile mam aktualnie czasu. Zdarzyło mi się jednak trzymać ją krócej i nie zauważyłam znaczących różnic w intensywności koloru. 
  • Utlenianie się koloru - henna rozwija swój rzeczywisty odcień na włosach przez kolejne 48 godzin od farbowania, w których, aby nie zakłócić tego procesu, nie powinno się myć włosów. Może to okazać się bardzo kłopotliwe dla osób z włosami skłonnymi do przetłuszczania się. 
  • Pohennowy przesusz - który jest naturalnym zjawiskiem, gdyż taka dawka ziół ma prawo przesuszyć włosy. Jest to jednak efekt krótkotrwały i łatwy do zwalczenia odpowiednią pielęgnacją.
  • Zapach - charakterystycznym dla hennowania jest utrzymujący się do kilku myć ziołowy zapach, który mój chłopak sprecyzował kiedyś zdaniem: ,,Pachniesz jak sianko'' i trafił w sedno. Według mnie zapach ten nie jest jednak uciążliwy i o wiele bardziej wolę to niż duszącą woń amoniaku. Dodatkowo można go zneutralizować dodając do rozrobionej henny odpowiednią odżywkę lub maskę.
  • Trwały kolor - dla mnie to jeden z największych plusów jednak dla osób które lubią eksperymentować niekoniecznie. Henna bowiem łączy się z keratyną włosa (wypełnia mechaniczne ubytki) i nawet przy pierwszych umyciach po farbowaniu nią nie zauważyłam by kolor się wypłukiwał.  Żaden dobry fryzjer nie zgodzi się na dekoloryzjację czy rozjaśnianie na hennowanych włosach co warto wziąć pod uwagę. Ja na przykład wiem, że nigdy nie zdecyduję się na blond więc dla mnie to żaden minus, ale znam przypadek gdzie dziewczyna nie wspomniała nic fryzjerce, że jej włosy były kiedyś farbowane henną i skończyła z glonem na głowie...
  • Paleta barw - jest na pewno o wieeele mniejsza niż drogeryjnych farb, bo do wyboru mamy: hennę bezbarwną (Cassia), która służy jako odżywka, trzy odcienie blondu (jasny,średni i złoty), naturalną hennę (której używam ja i daje efekt od rudości po mahoń), henna jasny, ciemny i orzechowy brąz oraz indygo, która odpowiada czerni. 
  • Uzyskany odcień - zależny jest od struktury i naturalnego koloru włosów. Henna ma to do siebie, że nie ujednolica koloru, więc tam gdzie mamy refleksy kolor będzie naturalnie jaśniejszy. Dla mnie to plus, bo dzięki temu efekt jest niesamowicie naturalny a kolor trójwymiarowy i wygląda inaczej w różnym świetle.
  • Ciemnienie koloru - to dla mnie zdecydowanie największa wada o której na początku swojej przygody z hennowaniem niestety nie wiedziałam i choć zawsze wybierałam tę samą hennę to kolor moich włosów z miesiąca na miesiąc pogłębiał się i ciemniał. Jednak i na to znalazłam sposób...

Dlaczego zdecydowałam się na farbę chemiczną?




Pomimo, że przez kilka ostatnich miesięcy nakładałam hennę już tylko na odrost to jak widać mój kolor bardziej przypominał kasztan niż dawną płomienną rudość za którą tak tęskniłam. Wiedziałam jednak, że rozjaśnianie jest bardzo ryzykowne i nie podejmie się go żaden fryzjer więc próbowałam zdziałać coś na własną rękę. Jednak żaden szampon przeciwłupieżowy, płukanki z rumianku i inne sposoby z internetu nie dały zupełnie nic. Gdy już się poddałam i zaakceptowałam fakt, że nie ma sposobu aby rozjaśnić moje włosy przez przypadek trafiłam na bloga sophieczerymoja, którego już z tego miejsca serdecznie polecam! Zachwyciłam się włosami Moniki, a w szczególności ich kolorem i z jej wpisów dowiedziałam się, że miała dokładnie ten sam problem z ciemnieniem koloru i doskonale sobie z nim poradziła. Po dokładnej lekturze i analizie zamówiłam fryzjerską farbę Allwaves w odcieniu marchewkowym i szczerze powiedziawszy, pierwszy raz naprawdę bałam się farbowania włosów. Najgorszy był dla mnie okropnie duszący smród amoniaku od którego tak dawno się odzwyczaiłam i oczekiwanie na efekt końcowy. Jakież było moje zdziwienie gdy po wysuszeniu moim oczom ukazał się upragniony kolor o którym tak marzyłam! Kolor rozjaśnił się o kilka tonów i był o wiele bardziej wyrazisty. Moje włosy też jakoś znacząco nie ucierpiały więc jestem w pełni zadowolona.


Efekt po:





























Z bloga dziewczyn dowiedziałam się także, że są sposoby na to, aby henna nie ciemniała i przy kolejnym hennowaniu również zamierzam skorzystać z rad Moniki jak i innej henny. Jestem przeszczęśliwa, że istnieją włosomaniaczki, które nie boją się eksperymentować i przekazują swoją wiedzę dalej.

Pozdrawiam, Karolina

Moje ulubione maseczki do twarzy

Witam Was kolejnym ,,nie włosowym'' postem. Stwierdziłam, że wpisy typowo urodowe na stałe zagoszczą na moim blogu aby urozmaicić tematykę. Dodatkowo przekonało mnie to, że poprzednie spotkały się z dużym zainteresowaniem, a ja już mam mnóstwo pomysłów na kolejne. Tak więc dziś zaprezentuję Wam moje ulubione maski do twarzy, które stosuję systematycznie od kilku miesięcy i na stałe goszczą już w mojej pielęgnacji. Zainteresowane zapraszam do dalszej lektury :-)






















Maski z naturalnego jedwabiu Orientana 


O maskach w płachcie pisałam już w poście o koreańskiej pielęgnacji i pokochałam je od pierwszego użycia. Dzięki zjawisku okluzji składniki aktywne zawarte w tkaninie są doskonale wchłanianie i równomiernie wnikają nawet w najgłębsze warstwy skóry. Typowo płynna konsystencja nie wymaga dodawania do ich składów zbędnych ulepszaczy co także jest dużym plusem. Moja cera po takim ,,domowym SPA-a'' zawsze jest doskonale nawilżona, wygładzona i rozświetlona dzięki czemu makijaż także prezentuje się o niebo lepiej. Jest to zdecydowanie mój ulubiony typ masek. 



Generalnie nadal ciężko spotkać tego typu maski w drogeriach dlatego gdy podczas ostatnich zakupów zauważyłam te od Orientany postanowiłam je przetestować. Maska z naturalnego jedwabiu ze śluzem ślimaka przeznaczona jest to cery zmęczonej i wymagającej rewitalizacji. Sam śluz ślimaka jest częstym składnikiem koreańskich kosmetyków ze względu na bogaty w kolagen, elastyny i witaminy skład a w połączeniu z biopeptydami ma silne działanie naprawcze, regenerujące, wygładzające i nawilżające. wyrównuje także koloryt i rozjaśnia przebarwienia.

Kolejnym odkryciem stała się maska pod oczy z rozmarynem, który likwiduje opuchliznę i podkrążenia. Maska ma kształt litery C, dzięki czemu obejmuje miejsca pod okiem gdzie tworzą się worki i cienie oraz bok oka gdzie tworzą się zmarszczki mimiczne - działa więc kompleksowo. Jak widać na zdjęciu nałożyłam ją trochę zbyt wysoko, ale maseczka i tak zrobiła swoje - poranna opuchlizna została unicestwiona!



Biała glinka kaolińska z ekstraktem z bambusa 


Unikalny skład mineralny kaolińskiej glinki czyni ją jednym z najbardziej wartościowych kosmetyków. Ma wyjątkowe właściwości lecznicze i kosmetyczne. Glinka uzdrawia, poprawia jędrność i elastyczność skóry. Widocznie odmładza ją i wygładza zmarszczki. 
Zawartość efektu z bambusa nadaje jej właściwości kojące, zwiększa natlenienie skóry, co pomaga w poprawie wyglądu cery i utrzymaniu właściwego PH skóry. 

Używam jej kiedy zależy mi na oczyszczeniu i wygładzeniu. Maseczka ta kiedy zasycha bardzo ściąga skórę dzięki czemu po zmyciu jest napięta i sprężysta. 





Fitoaktywna witaminowa maseczka Bania Agafii 


Jest to jedyna maska, która spełnia wszystkie obietnice producenta. A mianowicie: ,,Maseczka nasyca skórę witaminami i mikroelementami. Głęboko nawilża, wyrównuje koloryt twarzy i aktywizuje procesy regeneracji skóry.''

Składniki aktywne, zawarte w masce, to m.in.:

  • soki poziomki, dzikiej maliny i jagody kamczatskiej – dzięki zawartości kwasów organicznych i witamin, mają działanie silnie nawilżające i odżywcze
  • olej organiczny dzikiej róży – dzięki zawartości witamin A i C, ma działanie tonizujące i ochronne dla skóry
  • olej rokitnika ałtajskiego - aktywizuje procesy regeneracji skóry.


Uwielbiam nie tylko działanie tej maseczki, bo jest moim numerem jeden - wygładza, rozjaśnia, odżywia i koi moją skórę, ale też jej cudowny poziomkowo-truskawkowy zapach, konsystencję, kolor i...smak! Taaak, maseczka kiedyś dostała mi się w okolice ust i okazało się, że jest naprawdę słodka, bez żadnego posmaku chemii. Ale spokojnie, nie mam zamiaru jej jeść, choć kusi pod każdym względem! Dodam, że po nałożeniu rozgrzewa, ale to całkiem normalne i nie jest to żadna reakcja alergiczna. Bardzo przyjemnie wykonuje się nią także delikatny masaż, bo ma w sobie małe pestki. Zaraz po zmyciu można zauważyć, że cera jest rozświetlona, miła w dotyku i wygląda na wypoczętą. Jest to zdecydowanie moja ukochana pod każdym względem ,,płynna'' maseczka.

SLEEP MASK Perfecta


Kolejna maska na którą zdecydowałam się zaraz po przeczytaniu ,,Sekretów urody Koreanek'', gdyż na wschodzie kobiety często stosują maski nakładane na całą noc. Ta od Perfecty, którą wybrałam, ma działać jak profesjonalny peeling dermatologiczny, tzw. dermabrazja.

Jak działa?
  • Kwas migdałowy - złuszcza martwy naskórek, oczyszcza i reguluje pracę gruczołów łojowych. Likwiduje istniejące niedoskonałości i wygładza.
  • Olej pistacjowy - łagodzi podrażnienia, odbudowuje barierę lipidową skóry i nawilża.
  • Superhialuron - utrzymuje prawidłowy poziom nawilżenia i przywraca jędrność.
Moja skóra uwielbia kwas migdałowy, który stosuję także w innym kremie na noc, więc przeczuwałam, że i ta maska będzie trafiona. Nie myliłam się - już po pierwszej nocy z nią zauważyłam, że bardzo wygładziła moją skórę i że pomaga zwalczyć mój problem z ŁZS, o którym więcej w kolejnym z urodowych wpisów. Sprawdza się również genialnie kiedy na twarzy zaczynają pojawiać się niedoskonałości - wszelkie wypryski stają się po jej użyciu mniej widoczne i złagodzone. Teoretycznie ma wystarczyć na 10 aplikacji jednak ja nakładałam cienkie warstwy i było to około 15. Od kiedy ją stosuję żaden krem na noc nie spełnia już moich oczekiwań i na pewno kupię kolejne opakowanie.

Według mnie maseczki to obowiązkowy punkt w pielęgnacji naszej cery, bo chyba żaden krem nie posiada tylu składników aktywnych i nie zastąpi nam tak solidnego zastrzyku witamin. Ja staram się stosować maski regularnie 1-2 razy w tygodniu i odkąd to robię stan mojej skóry uległ znacznej poprawie. Dodam, że maski w płachcie Orientany możecie kupić w wieluńskim sklepie z Yankee Candle, a trzy pozostałe oczywiście w mojej ulubionej drogerii Shea.

Ja znalazłam już swoich ulubieńców, a Wy? Macie już swoich faworytów?


Koreańska pielęgnacja cery w pigułce

Dziś post wyjątkowy, bowiem tematem pierwszy raz nie będą włosy a cera i to jak o nią dbam. Jeśli post się spodoba to tematyka urodowa będzie się tu pojawiała częściej. Otóż w maju w moje ręce trafiła książka Charlotte Cho ,,Sekrety urody Koreanek'' i po jej przeczytaniu pielęgnacja mojej cery przerodziła się w istny koreański rytuał. O tym jak wpłynęło to na jej kondycję i czy trudno prowadzić jest pielęgnację w 10 krokach dowiecie się w dalszej części wpisu :-)




"Świat zachodni uważa, że w dbaniu o cerę jest tyle przyjemności co w nitkowaniu zębów. W Korei to coś, z czego można czerpać przyjemność. Bardzo szybko zdałam sobie sprawę, że zamieszkałam w kraju, w którym pielęgnacja skóry oznacza nie tylko produkty na łazienkowej półce, ale także sposób myślenia wpływający na całe twoje życie - od jedzenia po ubrania" - pisze Charlotte Cho. Jest w tym sporo prawdy bowiem my, Polki często zaniedbujemy pielęgnacje naszej cery nie zdając sobie sprawy, że to jak traktujemy ją każdego dnia przełoży się na jej stan w przyszłości. A przecież każda z nas chciałaby być posiadaczką gładkiej, napiętej i rozświetlonej cery przez jak najdłuższy czas.

O ile włosy możemy po prostu ściąć i zapuścić nowe, o tyle nasza skóra nie podlega wymianie. No chyba, że planujecie liffting czy botox jednak ja jestem takim zabiegom stanowczo przeciwna. Od zawsze staram się dbać o swoją cerę jednak jeszcze do niedawna popełniałam sporo błędów, które odbijały się na jej kondycji. W czasach dojrzewania zmagałam się z trądzikiem różowatym i innymi niedoskonałościami więc już wtedy musiałam się nauczyć odpowiednio dbać o swoją skórę. Jednak dopiero po przeczytaniu książki ,,Sekrety urody Koreanek'' moja pielęgnacja stała się w pełni świadoma i dopasowana do typu mojej cery. Po dwóch miesiącach mogę już śmiało powiedzieć, że stan skóry mojej twarzy znacznie się poprawił - jest gładsza, sprężysta, zniknęły malutkie zmarszczki mimiczne, które powstały od śmiania się, a do tego sam makijaż prezentuje się o niebo lepiej. 

Jak wygląda moja pielęgnacja?

Sekrety urody koreanek, Rysunek Gemma Correll


Tak,  sama muszę przyznać, że początkowo perspektywa wykonywania codziennie tych wszystkich rzeczy mnie przerażała i stwierdziłam, że taka pielęgnacja musi być bardzo czasochłonna i mozolna. Mimo to postanowiłam stopniowo wprowadzać teorię w praktykę i teraz po ponad dwóch miesiącach całe tych ,,10 kroków'' zajmuje mi około dziesięciu minut! 


  1. Dwuetapowe oczyszczanie - pierwsze co mnie zdziwiło to to, że wieczorem Koreanki oczyszczają twarz...olejkami! Jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić, że olejek potrafi zmyć cokolwiek. Jakie było moje zdziwienie gdy po pierwszym nałożeniu olejku z awokado i wykonaniu masażu twarzy zauważyłam, że cały makijaż zwyczajnie się rozpuścił, a masaż sprawił, że napięta po całym dniu twarz momentalnie się rozluźniła. Oczywiście demakijaż oczu pozostał tu bez zmian. 
  2. Warstwę olejku zwilżam wodą dzięki czemu powstaje swoista emulsja, która usunie sebum, martwe komórki i bakterie. Całość spłukuję ciepłą wodą. Następnie nakładam żel lub piankę, którą aktualnie oczyszczam twarz (zwykle jest to płyn Facelle lub Cethapil). Mam bardzo wrażliwą skórę skłonną do alergii i zaczerwień więc staram się unikać mocnych detergentów i alkoholu w składzie. Do mycia używam sonicznej szczoteczki Foreo. Spłukuję obfitą ilością wody - ostatnie chluśnięcia wykonuję chłodną wodą by domknąć pory.
  3. Tonizacja - to coś co wcześniej niestety nie miało miejsca w mojej pielęgnacji.  Mało która z nas wie, że dobrze dobrany tonik reguluje wskaźnik pH, dzięki czemu minimalizuje podrażnienia, które mogą być przyczyną powstawania wyprysków i niedoskonałości lub prowadzić do nadwrażliwości skóry. Dodatkowo tonizacja ułatwia wchłanianie kosmetyków używanych w kolejnych etapach i wspomaga ich działanie. 
  4. Serum lub esencja - nadal panuje przekonanie, że kosmetyki tego typu przeznaczone są wyłącznie do cery dojrzałej. Nic bardziej mylnego - możemy stosować serum czy esencje, które mają działanie typowo nawilżające, rozjaśniające czy takie jak np. IT'S SKIN Power 10 Formula VB Effector, które kontroluje wydzielanie sebum i przywraca skórze równowagę hydro-lipidową. Odkąd je stosuję moja skóra nabrała zdrowego wyglądu i zdecydowanie mniej się przetłuszcza. Te kremy wodne, owszem są bardzo skoncentrowane ale też ich składniki bardzo szybko się ulatniają, aby temu zapobiec mamy następny krok czyli nawilżanie, które ,,zamknie'' te składniki w skórze.
  5. Nawilżanie - ten krok stosuje większość z nas. Jeśli chodzi o kremy to stanowczo stawiam na nasze polskie marki - Ziaję, Vianek czy Sylveco, które mają bardzo dobre naturalne i nieuczulające składy. Szczególnie mogę polecić nawilżający krem pod oczy od Vianek oraz lekki krem brzozowy Sylveco. 
  6. Krem z filtrem UV - kremy z filtrem są stosowane przez Koreańczyków od najmłodszych lat życia, ponieważ świadomość szkodliwości słońca jest im wpajana od dziecka. Stosują go w każdą porę roku, bo wiedzą, że nawet wtedy promieniowanie słoneczne przyspiesza starzenie się skóry oraz powoduje alergie i zaburzenia pigmentacji. Ja sama mam bardzo jasną karnację i każde opalanie kończy się dla mnie czerwoną, poparzoną i przesuszoną skórą, więc staram się go unikać. Przed nałożeniem makijażu wklepuję więc w skórę krem do twarzy z filtrem 50 SPF. 
  7. Krem BB - jest to kolejny kosmetyk, który odkryłam dzięki książce Charlotte Cho. Wcześniej trudno mi było kupić dobry podkład, który byłby jasny i nie zapychał. Koreańskie kremy BB/CC bazują na bogatych składnikach pielęgnacyjnych. Zazwyczaj łączą w sobie funkcje podkładu, bazy, kremu przeciwsłonecznego oraz kremu nawilżającego. W ich skład wchodzą silne antyoksydanty, substancje nawilżające, peptydy stymulujące odnowę komórkową z dodatkiem pigmentów ujednolicających koloryt skóry. Ja sama przetestowałam kilk kaultowych kremów jak Skin79 Hot Pink, Missha M Perfect Cover czy Holika Holika Luminous Silk. Moje serce skradł jednak pod każdym względem grzybkowy SkinFood. Ekstrakty z grzybów i aloesu w nim zawarte doskonale nawilżają i odżywiają skórę podczas gdy arbutyna i adenozyna sprawiają, że twarz staje się jaśniejsza i przejrzysta. Mój odcień to #2 Radiant Skin czyli wersja ciemniejsza, co może wydawać się śmieszne gdyż przy doborze odcieniu każdego drogeryjnego podkładu nawet najjaśniejsze wyglądały na mojej cerze na pomarańczowe. Azjatyckie kremy BB mają to co siebie, że są bardzo jasne, więc dla mnie to ogromny plus.
  8. Peeling, maseczka -  osobiście stosuję peeling 1-2 w tygodniu i jest to pasta oczyszczająca Ziaja z liściem manuka, która doskonale oczyszcza pory. Koreanki preferują za to peelingi enzymatyczne, które przez zawarte w nich kwasy delikatnie złuszczają naskórek dzięki czemu taki peeling można stosować niemal codziennie. Ja wykonuję peeling przeważnie po to by przygotować twarz na nałożenie maseczki. Moi ulubieńcy to Fitoaktywna witaminowa maseczka do twarzy Banii Agafii oraz maski w płachcie, które również wywodzą się z Korei. Materiał z nasączonymi aktywnymi składnikami bezpośrednio przylega do naszej cery, dzięki czemu wymiana powietrza jest ograniczona, a składniki mogą przeniknąć do najgłębszych warstw skóry przynosząc lepsze i bardziej widoczne rezultaty. 
Takie maski jak na razie są dosyć rzadko spotykane na naszym polskim rynku - wiem, że są dostępne jedynie w Sephorze i Hebe. Ja swoje często zamawiam przez internet, a ostatnio razem z siostrą podjęłyśmy się wykonania takich maseczek samodzielnie o czym możecie dowiedzieć się więcej z jej wpisu na ten temat :)

Najpierw pielęgnacja, potem makijaż – to motto wielu Koreanek. Azjatki doskonale wiedzą, że zdrowa, zadbana skóra nie potrzebuje dużo makijażu i na długo zachowa młody wygląd. Nic więc dziwnego, że uchodzą one za jedne z najbardziej zadbanych kobiet na świecie. Jednak na pielęgnację koreańską trzeba patrzeć z trochę dalszej perspektywy, jest to podejście zakładające nie tylko dbanie o cerę, ale i prowadzenie zdrowego trybu życia - wysypianie się, unikanie używek, dobrze dobrana dieta i aktywność fizyczna. Jeśli zaciekawił Was ten wpis i chciałybyście dowiedzieć się więcej to tym bardziej polecam ,,Sekrety urody Koreanek'' jako lekturę obowiązkową!

Pozdrawiam, Karolina

Ulubione produkty do pielęgnacji

Czas na ulubieńców, czyli produkty które moje włosy pokochały od pierwszego użycia i na stałe goszczą już w moim rytuale pielęgnacyjnym. Od jakiegoś czasu o wiele bardziej stawiam na jakość a nie ilość kosmetyków na mojej półce. Wiem co służy moim kosmykom więc nietrafione zakupy nie mają już miejsca. Jeśli jesteście ciekawe jakie kosmetyki włosowe są moim absolutnym ,,must have'' i poleciłabym je każdej z Was to zapraszam do dalszej części wpisu :)


Szampony i peeling























Przyznam szczerze, że w tę kategorię inwestuję najmniej bowiem według mnie szampon ma za zadanie jedynie oczyścić skórę głowy i włosy. Nie wierzę, że coś co jest na naszych włosach nie dłużej niż kilka minut może w jakikolwiek sposób je nawilżyć lub odżywić. Z tym że jeśli ktoś tak jak ja posiada wrażliwą skórę głowy powinien przykładać większą wagę do wyboru tego produktu i koniecznie czytać składy. Dla mnie pod tym względem już od prawie dwóch lat wygrywa płyn Facelle z dodatkiem awokado i ekstraktem z rumianku. Choć opinie co do mycia włosów płynem do higieny intymnej są mocno podzielone, bo przecież od mycia włosów są szampony to proszę wskażcie mi szampon, który ma tak dobry, delikatny skład a jednocześnie domyje każdy olej - będę wdzięczna!

Skład: Aqua, Lauryl Glucoside (łagodny detergent), Cocamidopropyl Betaine (łagodny detergent), Lactic Acid (kwas mlekowy - reguluje odnowę komórkową skóry, zwiększa skuteczności działania innych preparatów kosmetycznych ), Glycerin (gliceryna - ma właściwości nawilżające)  , Sodium Chloride (stabilizator), Sodium Benzoate (konserwant), Coco-Glucoside (substancja myjąca pochodzenia roślinnego), Glyceryl Oleate (emulgator), Sorbitol (utrzymuje nawilżenie skóry), Urea (mocznik - substancja silnie nawilżająca) , Propylene Glycol (konserwant), Allantoin (działa 
regenerująco, ułatwi gojenie, nawilża), C12-15 Alkyl Lactate (emolient) Parfum, Serine (składnik zapachowy, środek kondycjonujący do włosów), Sodium Lactate (substancja utrzymująca odpowiednie pH), Butylene Glycol (składnik zapachowy), Chamomilla Recutita Flower Extract (ekstrakt z rumianku), Persea Gratissima Fruit Extract (ekstrakt z awokado), Ethoxydiglycol (składnik zapachowy), Bisabolol (składnik olejku rumiankowego), Potassium Sorbate (konserwant)

Drugi produkt widoczny na zdjęciu to delikatny szampon z aloesem marki Balea. Przywiozła mi go ostatnio mama i po analizie składu, który nie zawiera perfum, barwników, konserwantów, olejków eterycznych, glutenu, parabenów, silikonów ani oleju parafinowego uznałam, że warto go przetestować. Sprawdził się bowiem nie wystąpiło u mnie żadne podrażnienie a włosy były domyte i nie plątały się. Myślę, że sprawdziłby się u każdego wrażliwca, a do tego na plus przemawia bardzo niska cena - około 5-8 zł w przeliczeniu na polskie złote. Niestety szampon można kupić jedynie w sieci drogerii DM.





















Absolutnym strzałem w 10-tkę w mojej pielęgnacji okazał się zakup tego nieco dziwnego kosmetyku jakim jest rokitnikowy scrub do skóry głowy od Natura Siberica. Dokładną jego recenzję znajdziecie W TYM wpisie. Dodam, że chociaż peeling stosuję od początku lutego raz w tygodniu to zużyłam na razie jakieś 3/4 tuby, więc wydajność również na plus.

Maski


Maski do włosów to, zaraz po olejach, produkty, którym zawdzięczam najwięcej jeśli chodzi o kondycję moich włosów. Na zdjęciu trzy z czterech moich ulubieńców - brakuje tu jedynie nawilżającej maski Ecolab, która właśnie mi się skończyła, ale na pewno w przyszłości do niej wrócę.

Jeśli chodzi o maski Biovax to w zasadzie nie ma takiej z której byłabym niezadowolona jednak ta, którą miałam okazję przetestować dzięki współpracy ze sklepem Biutiq wygrała bezkonkurencyjnie ze swoimi poprzedniczkami. Moje wrażenia na jej temat opisałam TUTAJ. Maska właśnie dobija mi denka i jestem pewna, że kupię ją ponownie dla tego blasku, odżywienia i podkreślenia skrętu.

Kolejna maska to aktywna czarna maska na bazie szungitu, którą stosowałam już mniej więcej rok temu i bardzo przypadłyśmy sobie do gustu. Ma tak dobry skład, że grzechem byłoby nie nakładać jej także na skórę głowy. A do tego ten świeży, lekko morski zapach... Jej pełną recenzje wraz ze składem możecie znaleźć TUTAJ.

Ostatni zakup, który planowałam już jakiś czas to marokańska czarna maska od Planeta Organica, która od jakiegoś czasu tak podbija internet i skusiłam się na nią i ja. Jednak gdy w końcu chciałam ją zamówić to nie była dostępna praktycznie na żadnej stronie - maska jest dosłownie rozchwytywana!


Nie będę ukrywała, że miałam duże oczekiwania co do tego produktu, który jest wychwalany przez tak wiele włosomaniaczek i oczywiście nie zawiodłam się. Już po pierwszym użyciu włosy przy spłukiwaniu były śliskie, gładkie i miękkie. Zaskoczył mnie jedynie kolor bowiem maska nie jest czarna, a...zielona! Dosłownie przypomina jakąś trawiasto-bagienną mieszankę, co może przynieść lekkie obawy. Poczytałam jednak i nawet blondynki nie muszą się obawiać - maska nie zabarwia włosów. Bardzo przyjemnie się ją nakłada bowiem ma gęstą, wręcz maślaną konsystencję dzięki czemu nie spływa z włosów. Zapach za to jest dosyć charakterystyczny - orientalny i trochę przywodzi na myśl męskie perfumy więc nie każdej z nas przypadnie do gustu. A jakie były efekty? Po ploopingu loczki stały się idealnie sprężyste, dociążone i błyszczące. Zauważyłam, że nawet końce, które ostatnio są trochę przesuszone stały się bardziej zdyscyplinowane, a włosy zupełnie przestały się puszyć. 

Skład:  Aqua with infusions of Organic Argania Spinosa Kernel Oil (olej arganowy), Organic Citrus Aurantium Amara Flower Oil (olej neroli), Laurus Nobilis Leaf Extract (olej laurowy), Olea Europaea Fruit Oil (oliwa z oliwek), Eucalyptus Globulus Leaf Oil (olejek eukaliptusowy), Lavandula Angustifolia (Lavender) Oil (olejek lawendowy), Origanum Vulgaris Extract (ekstrakt z lebiodki pospolitej); Cetearyl Alcohol, Glyceryl Srearate, Behentrimonium Chloride, Cetyl Ether, Isopopyl Palmitate, Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Citric Acid

Jak widać maska jest mieszanką oleju arganowego, neroli, laurowego oraz oliwy z oliwek. W składzie znajdują się także olejki eteryczne (lawendowy i eukaliptusowy), ekstrakt z oregano oraz dwa przyjazne silikony (jeden lotny a jeden łatwo zmywalny). Jako że moje włosy uwielbiają emolienty to nie mogłyśmy się nie pokochać :)

Odżywka

























Tej odżywki chyba nie muszę Wam już przedstawiać - wielokrotnie przewijała się przez mojego bloga i zdałam sobie sprawę, że jest to produkt, który od ponad dwóch lat gości u mnie na stałe. Jest to odżywka, która idealnie sprawdzi się na wysokoporowatych, suchych, zniszczonych i puszących się włosach, a w szczególności na takich, które się falują bądź kręcą. Według mnie jest ideałem - moje włosy nigdy się na niej nie zawiodły i efekt za każdym razem jest taki sam - mięsiste, odpowiednio dociążone  i lśniące kosmyki. Nakładam ją zawsze gdy nie chcę eksperymentować a zależy mi na gwarantowanym efekcie ,,wow''. Do tego ten zapach! Jest tak piękny, że chciałabym aby powstały perfumy na jego bazie. Dotychczas żaden inny produkt go nie przebił. Konsystencja jest gęsta niczym w masce więc to kolejny plus. Poleciłam ją już wielu koleżankom i zawsze potem dziękowały więc naprawdę warto ją wypróbować. Jeśli miałabym polecić Wam tylko jeden produkt to byłaby to właśnie ta odżywka.

Olej i olejki 


























Olejowanie to dla mnie najważniejszy element pielęgnacji i wiem, że to właśnie ono przyczyniło się najbardziej do poprawy kondycji moich włosów. Choć teraz moje włosy zmierzają już bardziej do średnioporowatych to nadal funduję im zabieg olejowania praktycznie przed każdym myciem. Nadal moim numerem jeden w tej kwestii jest COCOMASK czyli czysty, nierafinowany olej kokosowy zmieszany z lawendowym, który jak pisałam w tej recenzji jest duetem idealnym. Choć zaczęłam go używać w lutym tego roku to nadal mam jeszcze pół opakowania! Produkt jest więc bardzo wydajny a efekty olejowania nim spektakularne.























Powyższa kombinacja służy mi od dłuższego czasu do zabezpieczania końcówek po każdym umyciu. Serum Biovax z witaminą A i E zaczęłam stosować w maju 2015 roku i od tamtego czasu używam go na stałe. Nigdy nie wierzyłam, że jakiekolwiek serum będzie w stanie nie tylko zabezpieczyć końcówki, ale i zatrzymać ich rozdwajanie! Od kiedy go używam znacznie rzadziej muszę podcinać włosy, ponieważ nie kruszą się już i nie łamią. Dodatkowo to cudo ma bardzo przyjemny zapach i nie skleja ani nie obciąża włosów jak większość innych silikonowych serum. Jeśli nadal Was jednak nie przekonałam to zapraszam na wizaż gdzie ma bardzo pochlebne opinie.

Całkiem niedawnym odkryciem jest za to serum Biosilk Maracuja Oil. Niestety należę do osób, które zostały pokrzywdzone słynnym jedwabiem z alkoholem tej firmy więc ze zdziwieniem przeanalizowałam skład, kiedy natrafiłam na ten produkt w Rossmannie. Takim oto sposobem finalnie serum wylądowało w koszyku. Pierwszy oczarował mnie słodki zapach, który kojarzy mi się z gumą balonową. Serum świetnie wygładza i nabłyszcza końcówki, dyscyplinuje włosy nie obciążając ich. Często używam go na całą długość gdy włosy się spuszą i genialnie się sprawdza w tej roli. Generalnie zwracam honor Biosilkowi! 

Mam nadzieję, że ten wpis pomoże choć kilku z Was dokonać wyboru podczas następnych włosowych zakupów i że u Was te produkty również staną się wtedy tymi ulubionymi :) A może macie jakieś swoje hity, które mogłybyście polecić?

Pozdrawiam, Karolina 









   
2016 © Bartosz Nowak (bassistee)